środa, 27 kwietnia 2016

Nasze uzależnienia ( Yo-Ka x Shoya )

Prawie 3000 wyświetleń na blogu <3 Tak bardzo się cieszę. Nie wierzyłam że ktoś go w ogóle czyta. XD
Nie rozpisuje się za bardzo
Dziękuję za betę Oni <3
Mam nadzieję, że notka się spodoba :3
Cytaty to fragmenty Kairi Diaury
__________________________________________________________







hitorikiri tsumetai yoru kehai no hou
daremo inai
akai chi ga nagareru nara
mou sei mo kei mo kamawanai kowasasete








[Yo-Ka]
To były najgorsze cztery godziny w moim życiu. Zespół był skłócony, atmosfera na próbie przytłaczała i miało się dość robienia czegokolwiek, szczególnie wałkowania pięciu utworów w kółko. Ja i Kei byliśmy między nimi wszystkimi jakimiś łącznikami. W końcu ustaliliśmy, że następnego dnia o trzynastej jest próba i wszyscy się rozeszli z ponurymi minami. Zostałem jeszcze, żeby ogarnąć salę i odsunąć myśli od tego co się dzieje w zespole. Po prostu ręce opadają. Kei został ze mną, bo stwierdził, że odprowadzi mnie do domu. Podobno wyglądam źle, czy jakoś tak. Mnie się nie chciało wracać do tego zimnego miejsca, w którym mieszkałem, ale w końcu po namowach Keia, pojechaliśmy tam. W „domu” pozbyłem się płaszcza i butów, a potem położyłem się na sofie w salonie i patrzyłem na białe ściany pustym wzrokiem. Nie musiałem czekać na Keia, bo on i tak zawsze u mnie zachowywał się jak u siebie. Dopóki on tu był cisza, samotność i pustka nie doskwierały mi tak bardzo. Nie miałem nawet kota! To okropne uczucie, gdy się siedzi tak samemu z własnymi, nie do końca mądrymi myślami.
Kei usiadł obok mnie, wciskając się chudym tyłkiem w sofę, na wysokości moich kolan i spojrzał na mnie, myśląc o czymś intensywnie. Posłałem mu niezadowolone spojrzenie i zgiąłem nogi w kolanach, co przyjaciel wykorzystał, wsuwając się głębiej w mebel i opierając o jego skórzaną tapicerkę. 
Yo-Ka, musimy porozmawiać. – Westchnął i oparł się o moje kolana, patrząc na mnie uważnie. – To co się dzieje w Vallunie…
Nie jestem ślepy, Kei. Widzę, że nasz zespół się nie dogaduje. Chociaż „nie dogaduje” to złe stwierdzenie. Oni się w kółko kłócą, wręcz nienawidzą! – mruknąłem.
No więc właśnie. Nie uważasz, że trzeba coś z tym robić? Nie mają pięciu lat. A jak tak dalej pójdzie to się rozpadniemy, bo zespół jest śmiertelnie obrażony na siebie. Idiotyczny powód do rozpadu, nie uważasz?
Oni się nie pogodzą. I ty dobrze o tym wiesz Kei – powiedziałem i usiadłem. Oparłem głowę na ramieniu gitarzysty.
No to chyba pozostaje nam się rozwiązać. – Na te słowa się spiąłem
Nie chcę… Ten zespół to wszystko, co mi zostało dobrego – jęknąłem
Yo-Ka, nie mamy wyjścia… Jeśli jutro na próbie się nic nie zmieni, to rozwiązuję Vallunę – powiedział. Było mi strasznie smutno. Zjedliśmy jeszcze z Keiem obiad i chłopak się zmył do domu.
Dobiło mnie to wszystko. Usiadłem na podłodze pod drzwiami balkonowymi z żyletką w dłoni, pozbyłem się czarnej bluzy i starannie zawiniętego bandażu na nadgarstku. Przyłożyłem żyletkę, przycisnąłem nieco i pociągnąłem. I tak kilka razy. Gdy miałem po raz kolejny to zrobić, usłyszałem jak coś upadło na podłogę, a w następnej chwili żyletka została mi odebrana z ręki. Uniosłem głowę i zobaczyłem niedowierzające spojrzenie Keia. Coś do mnie mówił, chyba nawet krzyczał, ale ja nie słuchałem. Po moich policzkach spłynęło kilka łez, potem jeszcze trochę, aż cała moja twarz była nimi zalana. Przyjaciel mnie przytulił mocno, zaprowadził do łazienki, zrobił opatrunek na nadgarstku i zaprowadził do łóżka. Był ze mną do rana, za co byłem mu bardzo wdzięczny. Kilka razy się budziłem w nocy, a Kei mnie uspokajał, bo płakałem. Moja psychika nie wytrzymywała. Tego rozpadu, bo raczej się nie pogodzą i ogólnie ostatnio moje zdrowie psychiczne podupadało.
Tak jak ustaliliśmy następnego dnia, Valluna się rozpadła. Drugi gitarzysta – Sakura i basista Kirimaru stwierdzili, że nie ma co tego ciągnąć. Po pierwsze się nie rozwijamy, po drugie oni się nienawidzą, a po trzecie… Nie, nie ma trzeciego powodu. Nie było to pokojowe rozstanie.
Poszedłem po tym wszystkim na spacer do parku. Kei chciał iść ze mną, żeby się upewnić że nie zrobię nic głupiego ale obiecałem, że tak się nie stanie i mogę iść sam. Musiałem pomyśleć co teraz mam zrobić. Mam trochę oszczędności, trochę rodzice mi się dołożą, może przeżyję jakieś pół roku dopóki nie znajdę nowego zespołu. A jak nie… To wtedy będę myśleć. Nawet nie zauważyłem, jak się rozpadało. Mimo to usiadłem na ławce i moknąłem, a po moich policzkach leciały łzy, które zmieszały się z deszczem. Moim oczom rzucił się młody chłopak stojący ledwo co pod drzewem. Miał rozbiegany wzrok i wyglądał zdecydowanie jakby był naćpany. Coś mi mówiło, żeby zwrócić na niego uwagę, tak więc nie odrywałem od niego wzroku.








aa sore wa dare ni nita shuukei
mou nanimo boku ni wa wakarimasen
aa wareru hodo no memai no naka de sore wa sadamatteita
















[Yukito]
Próba była niezwykle nudna i zdecydowanie bez życia. Jak zespół może być tak pozbawiony entuzjazmu? Wyglądają na wiecznie zmartwionych… Nie widzę w tym jakiegokolwiek sensu! Z muzyki powinno się cieszyć, a nie smucić. Chociaż fakt, dla mnie wszyscy wyglądają na smutnych. Bo ja ćpam. Skrzywiłem się na tą myśl. To, że to robię mnie obrzydza, jednak nie potrafię przestać, a teraz właśnie szedłem do znajomego dilera, który miał mi sprzedać działkę, która kosztowała mnie… Dość dużo. Bo właściwie było to kilka różnych towarów. Marihuana, heroina, morfina, trawka… Od tych dwóch pierwszych byłem najbardziej uzależniony. Po opuszczeniu dilera udałem się w jedną z ciemnych obskurnych uliczek i tam zrobiłem sobie odpowiednią dawkę, którą następnie umieściłem w nowej strzykawce. Po chwili wbiłem ją sobie w żyłę i zaaplikowałem. Westchnąłem z przyjemności. Gdy już się trochę ocknąłem to ruszyłem do parku. Pech chciał, że zaczęło padać. Stanąłem pod drzewem i patrzyłem na chłopaka siedzącego i moknącego na ławce w parku. Było w nim coś co przyciągało mój wzrok. Był naprawdę brzydki, gdy tak moknął. Jego włosy w połączeniu z wodą wyglądały ohydnie. Może i nie wiedziałem, co się w około mnie dzieje, ale ta jedna osoba zajęła moje myśli. Kręciło mi się nieco w głowie. Swoją drogą ten chłopak mi kogoś przypominał, ale nie umiałem określić skąd.
Żeby być szczęśliwszym, wyciągnąłem jeszcze skręta z marihuaną i go zapaliłem. Mój uważny wzrok był wbity w nieznajomego siedzącego na ławce. Zastanawiałem się nad swoim życiem i nad tym, co robię. Czy bycie narkomanem jest mi pisane?








boku o miru sono hitomi no oku ni
sukete mieru yo
"ijou" to kubetsu shiteiru no ga








[Yo-Ka]
Mimo dzielącej nas odległości, wpatrywałem się w jego oczy u zastanawiałem się, czy wie, że ja też mam problemy. Wygląda, jakby widział. I jakby to rozumiał. Może i to było głupie, ale miałem wrażenie, że czyta ze mnie jak z otwartej księgi. Jego oczy są jak rentgen, przeszywają mnie całego. Mam wrażenie, że wie o mnie wszystko, co jest możliwe.
Coś mnie do niego ciągnie. Nie mam pojęcia co to takiego. Ale jakiś głos w mojej głowie podpowiada mi żebym zabrał nieznajomego do swojego domu. Że on może być moim lekarstwem. Nogi same mnie powiodły przez deszcz do niego. Gdy znalazłem się pod drzewem, wyczułem mdlącą woń dymu, tego co palił nieznajomy. Po chwili zdałem sobie sprawę, co to za zapach. Marihuana.
















aa sore wa risei hikichigiru yume
nanimo boku ni wa wakarimasen
aa wareru hodo no memai no naka de sore o tebanaseba








[Yukito]
Przestałem skupiać się na czymkolwiek. Moje marzenia przejęły nade mną kontrolę. Gdy problemy zaczęły mnie przytłaczać, to zacząłem ćpać. A potem już nie było odwrotu. Chciałem być wolny, chciałem nie mieć problemów. Ale to mnie zgubiło. Przejęło nade mną kontrolę i nie mogłem już się uwolnić od „wolności i braku problemów”. To takie żałosne. To, co zrobiłem ze sobą, nie powinno mieć miejsca. Nieznajomy zaczął mnie gdzieś prowadzić. Nie stawiałem oporów. Bo po co? Poza tym wiedziałem, że robię dobrze idąc z nim. Chociaż nie rozumiałem, czemu ten obcy człowiek gdzieś mnie zabiera. Tak czy inaczej to nie jest ważne. Chciałbym się oderwać od narkotyków. Chciałbym przestać je brać… Zakręciło mi się w głowie i pociemniało mi przed oczami. Czy umarłem? Mam wielką nadzieję, że nie. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o tym chłopaku, który mnie gdzieś zabrał. Nieważne gdzie. Wszędzie jest lepiej niż w tej kawalerce w, której mieszkałem.




White scene and white tears night.
tooku nagarete
White scene and white tears night.
kono te kegashite
aragau you ni mogaku you ni
ichibyou o mo oshimu you ni kokoro wa ta kanaru








[Yukito]
Obudziłem się w środku nocy. Nie miałem pojęcia, gdzie byłem. Księżyc świecił mi w oczy, a oprócz tego oświetlał cały pokój, w którym leżałem. Dominowała w nim biel, więc wydawał mi się niemal sterylny. Trochę, jak w szpitalu, tylko tu było nieco przytulniej. Co ja tu robiłem? To na pewno nie była moja klitka. Ten pokój był niemal jak moje mieszkanie, zresztą… W każdym razie byłem tu sam. W ogóle nie pamiętam, co robiłem dzień wcześniej… Może zostałem czyjąś dziwką? Łzy bezsilności poleciały mi po policzkach. Gdybym miał gdzie wracać, to bym wrócił. Niestety nie ma mowy. I to jest okropne. Rodzina się mnie wyrzekła, od kiedy zacząłem grać w zespole. Potem posypało się całe pasmo nieszczęść, a do tego wszystkiego zacząłem ćpać. Teraz utrzymywałem się z zespołu. Łzy zaczęły płynąć mi intensywniej po policzkach. Rozejrzałem się ponownie, próbując zatrzymać na czymś wzrok. Spojrzałem na swoje ręce pokłute przez wielokrotnie wbijane w nie strzykawki. Muszę się zmienić. Przestać ćpać i dorosnąć. Wypadałoby w końcu, czyż nie? Jednak nie mam tak mocnej woli… Sam nie dam rady się zmienić. Ktoś mi musi pomóc. Czyżby mój nieznajomy mógł to zrobić? Nie, to niemożliwe… Eh, niech mnie ktoś dobije.








aa sore wa dare ni nita shuukei
mou nanimo boku ni wa wakarimasen
aa wareru hodo no memai no naka de sore wa sadamatteita




[Yo-Ka]
Wpatrywałem się w chłopaka, którego przyprowadziłem z parku. Spał zwinięty na łóżku. Jego makijaż był rozmazany, straszył samym widokiem. Nieznajomy kogoś mi przypominał. Nie miałem pojęcia kogo.
Nie rozumiałem, jaka siła kazała mi sprowadzić tego narkomana do domu. Przez wysiłek, jakim było doniesienie tego nieznajomego i brak jedzenia, bo ostatni posiłek jaki jadłem to śniadanie, kręciło mi się w głowie. Usiadłem na łóżku, tak by nie obudzić nieznajomego i wyciągnąłem żyletkę. Zrobiłem kilka cięć na nadgarstku. Ból był ukojeniem.
Potem jednak zastanawiałem się, czy jestem aż tak beznadziejny, żeby się ciąć. Aż tak nisko upadłem… Cóż. Taki los jest mi pisany.
















White scene and white tears night.
kimi wa kidzukanai
White scene and white tears night.
dakara kono te de
furuenu you ni nigasanu you ni
ichibyou no mayoi sae koko ni wa nai kara
















[Yukito]
Wstałem rano i wyszedłem z pokoju. Poszedłem do dużego salonu, gdzie na sofie w pół leżał młody chłopak. Wyglądał jak Bóg. Gdy mnie usłyszał, odwrócił się i ładnie uśmiechnął.
Um – zacząłem skrępowany. – Co ja tu robię? – zapytałem
Przyprowadziłem cię tu, jak wczoraj się naćpałeś i zemdlałeś. – Posłał mi jeszcze ładniejszy niż wcześniej uśmiech. – Jak ci na imię? Ja jestem Yo-Ka. – Chłopak był naprawdę czarujący. Aż zaniemówiłem z wrażenia. Yo-Ka miał bardzo piękny głęboki głos. W ogóle cały był piękny. Gdy w końcu otrząsnąłem się z chwilowego szoku, zarumieniłem się delikatnie i spuściłem głowę. Wlepiłem wzrok w podłogę.
Jestem Yukito. Dziękuję ci za pomoc. Jestem twoim dłużnikiem… – Usiadłem niepewnie obok niego
Spokojnie. Czuj się jak u siebie. – Zauważyłem bandaż wystający spod rękawa koszuli. Zamrugałem kilka razy. Czyżby… – Co ci się stało w rękę? – Zapytałem wskazując na jego przedramię. On nerwowo poprawił koszulę, naciągając ją.
Nic takiego – wymamrotał cicho i niewyraźnie. Ująłem delikatnie jego rękę w swoje dłonie, odpiąłem guziki od mankietu i rozwinąłem bandaż. Kilka razy chciał wyrwać rękę, gdy to robiłem, ale nie pozwoliłem mu na to. Pod bandażem miał mnóstwo cienkich ran po cięciach. Pionowych, poziomych, po skosie… Spojrzałem mu w oczy.
Czemu to robisz? – Zapytałem spokojnie. Odwrócił wzrok.
A czemu ty ćpasz? – Odpowiedział pytaniem na pytanie.
Bo pragnę nie mieć problemów. Pragnę idealnego świata bez nich. – Wzruszyłem lekko ramionami. Yo-Ka przez chwilę milczał.
Ja chcę uciec od problemów. I od złych rzeczy, które się wydarzyły ostatnio w moim życiu – powiedział cicho. Ah. Czyli oboje byliśmy uzależnieni.
Rozmawialiśmy praktycznie cały dzień. Chcieliśmy sobie pomóc. Głód narkotykowy zaczynał mnie już męczyć, ale nie pokazywałem tego. Chciałem, żeby było normalnie. Chociaż jeden dzień bez narkotyków. Mimo że bardzo chciałem, żeby tak było, moje ciało pragnęło czegoś innego. Zacząłem być trochę niemiły w stosunku do Yo-Ki. Wieczorem nie wytrzymałem. Miałem zostać u niego jeszcze przez jedną noc. Zamknąłem się w sterylnie białej łazience i wyjąłem narkotyk z kieszeni. Wyrobiłem sobie go, miałem w tych dużych kieszeniach wszystko, nawet zapas strzykawek, tak więc do jednej z nich dodałem narkotyku. Schowałem wszystko na swoje miejsce, wkłułem się w żyłę i wstrzyknąłem narkotyk. Po moich policzkach popłynęły łzy. Miałem tego nie robić. Ale nie potrafiłem przestać… W końcu zebrałem się w sobie i ogarnąłem trochę. Poszedłem do salonu i tam usiadłem. Potem łazienkę zajął Yo-Ka. Wyszedłem na duży taras, który utrzymany był w bieli jak cały dom. Ponownie zaczynam płakać, ale po dłuższej chwili moje łzy wyschły. Niedługo potem wrócił Yo-Ka. Jego ręce drżały. Widać, że się ciął. Obserwowaliśmy się. Nie mogliśmy zmienić naszych uzależnień. Nawet nie wiem, kiedy odległość między nami zmalała, a nasze usta połączyły się ze sobą w namiętnym pocałunku. Nie wahaliśmy się nawet na moment. Chwilę zajęło ponowne wejście do domu, pozbawienie się ubrań w drodze do sypialni i kochanie się tam namiętnie przez resztę nocy. Tylko to się liczyło tej nocy.
















White scene and white tears night.
tooku nagarete
White scene and white tears night.
kono te kegashite
aragau you ni mogaku you ni
ichibyou no gekijou ni... kokoro wa... mou...








Trzy miesiące później...
[Yo-Ka]
Zeszliśmy się z Yukito. Połączyły nas nasze problemy. One oczywiście nadal istniały. Było nam łatwiej z nimi, gdy byliśmy w dwójkę. Mój skarb, Yukito, musiał pojechać na próbę, a potem wrócić do swojego domu. Gdy poszedłem do mojej sterylnie białej sypialni i usiadłem na tego samego koloru pościeli, ni stąd ni z owąd w mojej ręce znalazła się żyletka i cięła skórę na przedramionach. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, co robię. Zaczęły mnie męczyć wyrzuty sumienia. Cisnąłem żyletką przed siebie i zacząłem gorzko płakać. Załamany schowałem twarz w dłoniach. Moje łzy nie miały końca, a głupota granic. Zwinąłem się i położyłem na łóżku, pozwalając łzom moczyć poduszkę. Wpatrywałem się w wyciągnięte przed siebie ręce. Muszę coś z tym naprawdę zrobić. Tak nie może być. Jak nie dla siebie, to dla Yukito. Muszę przestać. Ułożyłem się wygodniej i zamknąłem oczy, starając się przestać myśleć. Serce mnie bolało. Wszystko zaczęło mnie przytłaczać. Sam nie wiem, kiedy zasnąłem.








White scene and white tears night.
moroku kowarete
White scene and white tears night.
kimi ga nagarete








[Yukito]
Stałem centralnie pod drzwiami Yo-Ki i się w nie wpatrywałem. Znów się naćpałem. Nie chciałem. To było silniejsze ode mnie. Poza tym, Dizly, mój zespół się rozpadł. Nie wiedziałem, co zrobić, więc się naćpałem. Biały, oświetlony słabym światłem korytarz przypominał szpital. Dookoła było cicho. Właściwie Yo-Ka był dla mnie jak lekarz. Potrafił mnie wyleczyć z problemów jednym zdaniem i pocałunkiem. Tak bardzo go pokochałem. Łzy znów zdobiły moje policzki. Moje życie zaczęło się znów sypać. Nawet nie wiem kiedy z domu wyszedł Yo-Ka i wprowadził mnie do domu. Pewnie go zawiodłem. Znów się przecież naćpałem, chociaż obiecałem że nie będę tego robił… On… On się mną zajął. Nienawidziłem się za to, że ćpam. Kiedyś było inaczej, ale teraz moje życie zmieniło się o 360 stopni. Yo-Ka gdzieś mnie prowadził. Po chwili poczułem miękkość łóżka. Byłem nieco zaskoczony, ale gdy przyłożyłem głowę do poduszki niemal od razu zasnąłem. Czułem jeszcze obejmujące mnie ramiona Yo-Ki.
















hakanamu you ni aisuru you ni
ichibyou no kakera daite hoka ni wa mou iranai kara




[Yukito]
Zaczęliśmy się namiętnie i zachłannie całować z Yo-Ką. Jakby to był nasz ostatni pocałunek. Jakbyśmy widzieli się po raz ostatni. Jego usta były genialne, uwielbiałem go. Był najpiękniejszym i najukochańszym facetem na ziemi. Nie wiedziałem, jakie bóstwo mi go zesłało, co takiego zrobiłem, że na niego zasłużyłem, ale dziękowałem za niego. Potem równie zachłanni co w pocałunkach, byliśmy w łóżku. Po wszystkim leżeliśmy i szeptaliśmy czułe słowa między sobą. Nic się dla nas nie liczyło. Miłość, nienawiść czy uzależnienia; tonie ważne. Chcieliśmy być razem i tylko i wyłącznie to się dla nas w tej chwili liczyło. Niczego więcej nie potrzebowaliśmy.








iranai kara








[Yo-Ka]
Yukito i ja znaleźliśmy swoje szczęścia. A tymi szczęściami byliśmy my nawzajem. Nasza miłość przezwyciężyła uzależnienia i wszystko się zaczęło układać na nowo. Ja przestałem się ciąć. Yukito przestał ćpać. Zaczęliśmy życie na nowo.
Założyliśmy zespół. Ja, Yukito, Kei i Yuu. Nazwaliśmy go Diaura. Yukito zmienił pseudonim na Shoya. Od tego czasu wszystko się układało tak jak powinno. Świat stał się idealny dla naszej dwójki. Miłość zwyciężyła nawet najgorsze uzależnienia i wszelkie zło w naszym życiu.



sobota, 19 marca 2016

Nietypowa gimnastyka ( Hiro x Daichi )

Długo zwlekałam z tym opowiadaniem ale dodaje~! Mało jest ff z Nocturnal Bloodlust tak więc trzeba to zmienić! <3 Za wszelkie błędy przepraszam ;-; I uprzedzam. To jest mega nienormalne XD Pomysł na ff powstał na zajęciach wf'u


__________________________________________________________________________________


- … Dwieście czterdzieści osiem, dwieście czterdzieści dziewięć, dwieście pięćdziesiąt. – Podniosłem się z podłogi i uśmiechnąłem do Daichi’ego, który siedział i przyglądał się jak ćwiczę, chociaż z punktu widzenia kogoś z zewnątrz, Daichi wygląda jakby jedyną rzeczą która go interesuje, są jego paznokcie. Oczywiście to była przykrywka, za długo go znałem, żeby o tym nie wiedzieć. Widząc że wstałem, on również to zrobił. Podszedłem do niego i ucałowałem jego krwistoczerwone usta. Mój kochany chłopak skrzywił się, jak bym robił coś obrzydliwego i odsunął mnie od siebie na długość własnych rąk, dotykając mojej nagiej klatki piersiowej. W końcu jestem w domu, mam prawo ćwiczyć w samych spodniach! Daichi’emu to poza tym nie przeszkadza, w ręcz przeciwnie. Ma na co popatrzeć.
- Hiro… Idź się umyj co? Cały się lepisz i śmierdzisz potem… - Jego czerwone usteczka ponownie wykrzywiły się w brzydkim grymasie, ani trochę nie pasującym do jego pięknej buźki. Zrobił jeszcze na wszelki wypadek krok w tył. Westchnąłem kręcąc głową, a potem skierowałem wzrok wprost w jego oczy, będące za okularami o ciemnych oprawkach, z błyskiem w oku.
- Dobrze… Ale ty idziesz ze mną – Uśmiechnąłem się szeroko do niego. Gitarzysta odsunął się jeszcze trochę.
- W życiu – Jeszcze bardziej się skrzywił i wzdrygnął – Wszystko tylko nie to! – Tak. Wiedziałem jak on nie cierpiał gdy przystawiałem się do niego zaraz po ćwiczeniach. Bo „To nie higieniczne”, „To obrzydliwe”, „Gdy tak robisz to mi się chce rzygać” i wiele, wiele innych argumentów przytaczał mi mój drogi ukochany. Z kim ja się związałem?! Chociaż zawsze mogło być gorzej. Daichi mógł być na przykład kobietą. W tedy chyba wylądowałbym w wariatkowie. Zdecydowanie. Fakt, faktem gitarzysta czasem zachowywał się jak kobieta, ale miał „pazurek” i potem pozwalał mi na wszystko w łóżku… albo w kuchni na blacie… w łazience… na parapecie… na biurku… na środku salonu… w przedpokoju… kilka razy nawet zdarzyło się na balkonie…
- Wszystko mówisz? – Złapałem go za słowo i udałem przez całe pięć sekund, że się zastanawiam. On tym czasem zbladł i otworzył szeroko oczy
- Co…? Nie! Nie miałem… – Już chciał się wykręcić jednak ja mu przerwałem.
- W sobotę po próbie ćwiczysz ze mną. Oczywiście za bardzo cię nie wymęczę bo jeszcze mi tu zejdziesz, księżniczko. – Oznajmiłem i udałem się do łazienki, wziąć szybki prysznic. Mojego ukochanego chyba zatkało. Potem z ręcznikiem przewiązanym nisko na biodrach, wyszedłem z łazienki, która była połączona bezpośrednio z sypialnią, wyjąłem sobie z szuflady w komodzie bokserki, a potem z szafy dresy które nosiłem po domu i czarny t-shirt. Do pokoju cicho wszedł gitarzysta, siadając na łóżku i opierając się o jego metalową ramę; W jednej ręce trzymał jogurt w małym kubeczku, w drugiej łyżeczkę do herbaty, którą po chwili zatopił w jogurcie i włożył ją wypełnioną nim do ust. Uniosłem brew i zsunąłem ręcznik z bioder patrząc na Daia wyzywająco. On jadł dalej obserwując mnie uważnie. Widać było na jego policzkach uroczy rumieniec. Zacząłem się ubierać  w naszykowane rzeczy, a potem usiadłem tyłem do mojego ukochanego i wziąłem telefon żeby sprawdzić czy nie dostałem jakiegoś nowego maila. W momencie gdy włączyłem skrzynkę odbiorczą, do mojej szyi przyczepił się Daichi i przygryzł ją na co westchnąłem z przyjemności. Złapałem go, przerzuciłem go sobie przez ramię, chociaż czułem jak się spina ze strachu i posadziłem go sobie na kolanach. Wpiłem się w jego usta namiętnie.  Były słodkie i miękkie. Pogłębiłem pocałunek, wsuwając w jego usta język i penetrując je. Dai wplótł palce w moje długie włosy i przeczesywał je palcami. Odsunęliśmy się dopiero od siebie dopiero gdy zabrakło nam powietrza. Nasze spojrzenia się spotkały i… wybuchliśmy śmiechem. Sam nie wiedziałem dlaczego. Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że razem się odprężymy w salonie przy jakimś dobrym filmie.

***

W końcu nadeszła sobota. Daichi próbował się na wszelkie sposoby wykręcić od tego co nam zaplanowałem. Zadzwonił do rodziców, których niestety nie było w ten weekend w domu, do siostry, która już była umówiona na ten dzień z przyjaciółmi… Właściwie obdzwonił wszystkich swoich znajomych, ŁĄCZNIE ZE SWOIM BYŁYM; Niestety wszyscy mieli już jakiś plan, lub jak w przypadku ex Daichi’ego, stanąłem w drzwiach naszego mieszkania gdy chciał już wyjść niezauważony, niemal od razu po naszym dzisiejszym powrocie z próby i powiedziałem, że po moim trupie on to zrobi. Oczywiście dowiedziałem się o tym ostatni, jak razem z Natsu, mój chłopak w czasie przerwy ulotnił się na papierosa. Wtedy podszedł do mnie Masa i zapytał czy pozwalam Daichi’emu na spotykanie się ze swoim ex. Mnie zatkało i zbladłem. Potem się wściekłem i dopiero gdy gitarzysta i perkusista wrócili, zachowałem pozory i udawałem że nic nie wiem. Na szczęście MÓJ chłopak odpuścił sobie to spotkanie i je odwołał. Mimo jego fochów i innych rzeczy które mnie w nim irytowały to kochałem go naprawdę mocno. Nie mogłem pozwolić żeby wrócił do tego dupka. Tak, jeśli chodzi o Daichi’ego mógłbym dla niego rzucić wszystko. I tak, jestem o niego cholernie zazdrosny. Obiecałem sobie że jutro z nim sobie porozmawiam na ten temat.
Tak więc spełniłem „groźby” z przed paru dni. Daichi przebrał się w luźne spodnie i bokserkę, a ja jak zwykle w samych spodniach. Wpadłem na genialny pomysł, żeby nie zmęczyć Daichi’ego za bardzo. Znalazłem jakieś filmiki z gimnastyką, która nie była tak męcząca jak te wszystkie ćwiczenia na siłe jakie ja wykonuje co najmniej cztery razy w tygodniu dla formy. Podłączyłem laptopa do telewizora w salonie i zabraliśmy się za ową gimnastykę… Moim błędem było nie przejrzenie tych filmików. Wiele z tych ćwiczeń spokojnie można było uznać mianem pozycji seksualnych… Tak! Tak właśnie było! Daichi zdawał się tego nie zauważać i grzecznie ćwiczył… Jednak seks w takich pozycjach zdawał się niezwykle ekscytujący. Aż zrobiło mi się goręcej. Miałem tylko nadzieje, że mi nie stanie…  Nawet nie zauważyłem kiedy przestałem ćwiczyć i najzwyczajniej w świecie wgapiałem się w gimnastykę. Daichi’emu się to nie spodobało. Gdy tak siedziałem z wyprostowanymi nogami on usiadł mi na udach i ujął moją twarz w dłonie
- Naprawdę Ci się podoba bardziej tamta kobieta niż ja? – Zmarszczył brwi w niezadowoleniu i patrzył mi w oczy. Zamrugałem kilka razy nie odwracając wzroku. Byłem zaskoczony.
- Co…? W żadnym wypadku! – Pocałowałem go namiętnie i przytuliłem mocno. – Po prostu pomyślałem, że świetnie można wykorzystać gimnastykę w seksie – Powiedziałem bez owijania w bawełnę.  On otworzył lekko usta w niedowierzeniu, jednak po chwili uśmiechnął się lekko i pokręcił głową.
- Ty zboczeńcu! Tobie tylko jedno po głowie chodzi! – Prychnął, ale pocałował mnie w usta zachłannie i zmusił do położenia. – W porządku. Możemy spróbować. – Odsunął się i podszedł do laptopa i przewinął filmik szukając jakichś ciekawych ćwiczeń. Podszedłem do niego i zacząłem go całować po szyi i rozbierać. Po chwili gitarzysta był już w samych bokserkach. Po chwili nie był mi dłużny, pozbył się moich spodni i bokserek. Zniecierpliwił się więc również rzucił gdzieś w kąt pokoju te należące do niego, które chwile temu miał na sobie.  Usiadł na kolanach, w rozkroku i wyciągnął ręce przed siebie. Zabrałem lubrykant  sprytnie ukryty i nawilżyłem siebie i jego, po chwili w niego wchodząc. Kilka dni tego nie robiliśmy więc musimy nadrobić zaległości. Daichi’emu było strasznie nie wygodnie w tej pozycji, tak więc szybko doprowadziłem nas oboje do orgazmu. Oczywiście to dopiero początek naszych zabaw. Teraz podparł się na łokciach i uniósł biodra do góry. Ta pozycja zdecydowanie się mu spodobała. Pojękiwał głośno, wyginając się gdy chociażby musnąłem jego prostatę. Następne ćwiczenie jakie wybrał Daichi polegało na oparciu nogi o sofę i wypięciu się. No a przynajmniej tak to właśnie wyglądało dla mnie. To również było do przeżycia. Kolejne polegało na oparciu nogi o, w naszym przypadku, nogi o framugę drzwi, wyprostowaniu się i rozciąganiu. Jednak gdy miałem wejść w mojego chłopaka, zobaczyłem grymas bólu na jego twarzy i zrezygnowałem. Potem przeniosłem moją ławkę do ćwiczeń na środek pokoju i się położyłem na podłodze, a Daichi się na mnie nabijał opuszczając na rękach, które trzymał na brzegu ławeczki. Po tym wszystkim opadliśmy, a właściwie ja opadłem na podłogę, a Daichi na mnie i się do mnie przytulił.
- To było świetne. Musimy to powtórzyć – Uśmiechnął się lekko i pocałował mnie czule.
- Widzisz? A ty nie chciałeś. – Oddałem pocałunek.  - Taką gimnastykę mógłbym mieć codziennie – Dodałem z westchnieniem, rozmarzony. Pokręcił głową.
- Jesteś zboczeńcem kochanie. Ty byś się tylko pieprzył.
- Wiem o tym. Nie mów jak byś mnie poznał wczoraj.
- Idziemy się umyć Hiro. Jestem spocony i cały w twojej spermie – Skrzywił się, a ja wybuchnąłem śmiechem. Odezwała się księżniczkowa strona mojego kochania.

niedziela, 6 marca 2016

Czasem przypadkowe spotkanie może zmienić nasze życie ( Karyu x Zero ) cz.1

Rozleniwiłam się z tym pisaniem. Ale lepiej dodać coś późno niż wcale, prawda? Tak więc zapraszam i za błędy przepraszam :3
_____________________________________________________________
            Stałem w pociągu, z torbą przewieszoną przez ramię. No niestety, moje Mitsubishi się popsuło i jest u mechanika. A do szkoły musiałem dojechać, więc byłem zmuszony jechać pociągiem. W sumie przez najbliższe dwa tygodnie tak będzie. Stałem przy drzwiach i pustym wzrokiem patrzyłem na mijany krajobraz. W pewnym momencie, poczułem na sobie czyjś wzrok. Rozejrzałem się i zobaczyłem chłopaka o brązowych włosach do ramion, lekko natapirowanych i z lekkim makijażem. Gdy napotkał moje spojrzenie szybko opuścił głowę i się lekko zarumienił, dosłownie niezauważalnie na pierwszy rzut oka. Przyjrzałem się jego ubraniu. O! Miał mundurek mojej szkoły. Hm. Dziwne. Nigdy wcześniej go nie widziałem.
            Wysiadłem na odpowiedniej stacji i skierowałem się do swojego liceum. Poniedziałki zawsze były męczące. Idąc, dyskretnie oglądałem się za siebie, bardzo ciekawy czy chłopak z mundurkiem mojej szkoły idzie za mną. Przed szkołą jednak spotkałem swoją paczkę. Składali się na nią Takahiro na którego wszyscy mówili Asagi, Yoshiyuki czy jak kto woli Ruiza, Masaya dla znajomych Hizaki, Teruaki albo po prostu Teru, Serina na który nie lubił swojego imienia dlatego po prostu mówiliśmy do niego pseudonimem, Shaura taki sam przypadek jak Serina, Kenji chociaż ja wole na niego mówić Tsukasa oraz Hiroshi który karze na siebie mówić Hizumi. Łączyła nas miłość do muzyki. Asagi, Serina, Shaura, Tsukasa i Hizumi byli od reszty starsi o rok. Raz w tygodniu gdy kończyliśmy wszyscy o tej samej godzinie, mieliśmy kółko muzyczne, gdzie wspólnie dyskutowaliśmy o czymś, graliśmy lub śpiewaliśmy. Czasami któreś z nas chwaliło się kompozycją lub tekstem piosenki. Tak więc po dłuższej rozmowie przed szkołą ( Oraz paleniu papierosów ) przez którą się prawie spóźniliśmy na lekcje, rozeszliśmy się do swoich klas. Po drodze wypytałem chłopaków czy widzieli i czy coś wiedzą na temat, chłopaka którego widziałem w pociągu. Niestety, nikt nic nie wiedział. Usiadłem na swoim stałym miejscu w drugiej od końca ławce pod oknem. Miejsce obok mnie było wolne jak zwykle. Za mną siedzieli Hizaki i Teru przede mną Ruiza i chłopak o imieniu Hidenori, który zawsze wszystko wiedział, robił notatki i podobno się lubił uczyć, no a poza tym lubił Ruize więc dzięki temu cała nasza czwórka miała zawsze notatki, bo zwykle nie słuchaliśmy tylko zajmowaliśmy się czymś innym. Pierwszy japoński, naprawdę mi się dłużył. Na przerwie Poszliśmy do klasy starszych przyjaciół. Na drugi koniec szkoły. Tak więc na następny japoński się spóźniliśmy. Wchodziłem jak zwykle pierwszy do sali i mnie zatkało. Na środku pomieszczenia, zaraz obok nauczyciela stał TEN chłopak. Dokładnie ten sam który jechał ze mną pociągiem. Dopiero szturchnięcie Ruizy przywróciło mi myślenie. Przeprosiliśmy za spóźnienie i udaliśmy się do ławek.
- Jestem Shimizu Michi. Miło mi was poznać. Przeprowadziłem się tu z Saitamy. – Powiedział cicho, jednak na tyle głośno żeby wszyscy usłyszeli i się ukłonił. Byłem zaskoczony. I to bardzo. Co chłopak mieszkający niemal w stolicy robi w takim mieście jak Yamaguchi?! To naprawdę dziwne… Wręcz niepokojące.
- Usiądziesz z Matsumurą. – Powiedział nauczyciel wskazując na wolne miejsce obok mnie. Zacisnąłem usta w wąską kreskę. Przyjaciele posłali mi współczujące spojrzenia. Michi dosiadł się do mnie i przyjrzał się mi.
- Shimizu Michi. – Przedstawił się. – Ale mów mi Zero – Dodał.
- Matsumura Yoshitaka. – Przyglądałem się mu ciekawie. – Przyjaciele wołają na mnie Karyu – Odrzuciłem długie blond kosmyki na plecy i zabrałem się za rysowanie w szkicowniku, który leżał tuż przy zeszycie od japońskiego. Obróciłem się do tyłu i podmieniłem piórnik swój i Teru, który miał mnóstwo przyborów do rysowania.
- Co rysujesz? – Szepnął chłopak. Spojrzałem na niego i odsłoniłem szkicownik. Rysowałem smoka. – Ładnie. Masz talent. – Patrzył na mnie uważnie. Jego spojrzenie mimo że niby wyrażało jakieś zainteresowanie to były tak jakby puste… Kontynuowałem rysowanie. W końcu to nie moja sprawa.
W końcu lekcja dobiegła do końca. Spakowałem się szybko i już chciałem wyjść, ale zatrzymał mnie nauczyciel. Powstrzymałem jęknięcie.
- Matsumura, zajmiesz się Michim, do końca tygodnia i oprowadzisz go po szkole za to spóźnienie. – Zatkało mnie.
- Ale profesorze…. – Zacząłem ale on mnie uciszył.
- Cicho. Masz go pilnować Matsumura. – Powiedział. Spojrzałem na Zero. Ten mi się przyglądał, jakiś taki…. Zawiedziony? Westchnąłem i kiwnąłem głową na niego. Wyszliśmy z sali.
- Przeszkadzam Ci? – Odezwał się.
- Nie, nie. W porządku – Uśmiechnąłem się lekko. Poszedłem do przyjaciół którzy spotkali się pod salą. Przedstawiłem im Zero. Bardzo szybko się dogadali, co mnie zaskoczyło. Cóż, mnie samego zaciekawił od razu jak jechałem z nim pociągiem. Właśnie. Będziemy prawdopodobnie razem wracać. Muszę się czegoś o nim dowiedzieć. Poza tym, nie dość, że mnie zaciekawił to jeszcze spodobał mi się wizualnie…
            Nareszcie nastąpił koniec lekcji. Shimizu cały dzień ze mną i moimi przyjaciółmi chodził, a na lekcjach razem siedzieliśmy, po prostu byliśmy nierozłączni. Jak się okazało mamy mnóstwo wspólnych zainteresowań. Dowiedziałem się, że Zero gra na basie. Więc zapewne dołączy do naszego kółka. Nie wiem dlaczego, ale wywoływało to u mnie pozytywne emocje. Rozmawialiśmy w drodze do pociągu dość żywo na różne tematy. Wsiedliśmy do odpowiedniego pociągu, usiedliśmy obok siebie i czekaliśmy na odpowiednie stacje.
- Hej, Zero. Gdzie wysiadasz? – Zapytałem z uśmiechem. Myślałem na początku, że ten dzień będzie najgorszym jaki mógłby mi się przytrafić, ale jak się okazało było odwrotnie. Naprawdę świetnie się dogadywałem z Zero i dziś świetnie się bawiliśmy.
- Tam gdzie ty. – Odpowiedział. – Nie zauważyłeś mnie jak wsiadałem dopiero później, gdy stanąłem centralnie naprzeciwko – Wywrócił oczami.
- Hm…? Serio? Świetnie. Jak chcesz możemy razem jeździć do szkoły. – Zaproponowałem. Przytaknął. – Wiesz, normalnie jeżdżę do szkoły samochodem, a teraz jest u mechanika.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Rozdział 5 - Melodia Serca

Najkrótsza część tej serii. Pisałam ją długo. Myślałam że wyjdzie mi dłuższa... Ale nie wyszła.
No nic. Mam nadzieje że się spodoba~ (Standardowo przepraszam za błędy)
____________________________________
Pierwsze cztery miesiące były najpiękniejszymi w moim życiu. Byłem niesamowicie szczęśliwy w związku z Tobą. Zajmowałeś sie mną, chodziliśmy na spacery, randki. Często do mnie przychodziłeś i zostawałeś na noc. Spałeś ze mną, oczywiście do niczego nie dochodziło. Tylko kładłeś sie obok mnie w moim dużym, miękkim łóżku, obejmowałeś w pasie, całowałeś czule w usta i zasypiałeś. Ja na Ciebie patrzyłem przez dłuższy czas, ciesząc sie własnym szczęściem które przyszło do mnie tak nagle, a potem zasypiałem spokojnie wiedząc, że obudze sie w twoich ramionach. Albo obudzi mnie sms od Ciebie. Z wyznaniem miłości i pytaniem jak mi sie spało. Tak. Niczym w jakiejś bajce. Ty - Książę na swoim rumaku ( tudzież motorze lub w samochodzie ), ja - Księżniczka, którą trzeba uratować i spędzić z nią resztę życia. Chyba sie kochaliśmy, prawda? Z mojej strony to było szczere uczucie. I było ono bardzo mocne. Kochałem Cię na zabój.
Wraz z początkiem jesieni coś sie zaczęło zmieniać. Nie wiedziałem co. Chciałem jednak być przy Tobie na tyle na ile to możliwe, jednak ty odsuwałeś się odemnie. Cały czas ciągłe wymówki czemu nie możesz sie ze mną spotkać, że jesteś zajęty. Cały czas mnie unikałeś i spławiałeś. Raniło mnie to ogromnie. Czułem sie bezużyteczny. Po próbie wracałem do domu, kładłem sie na łóżku w sypialni i leżałem. Nie miałem siły na nic. Chociaź... Kilka razy napisałem piosenki. Chociaż to było raczej wylanie uczuć na kartke które do tej pory pomagało jednak nie tym razem. Teraz bolało jeszcze bardziej.
W nocy napisałem wiersz, krótki wierszyk skierowany do Ciebie. Chciałem żeby zaczęło Ci zależeć....  Pokazałem go Kaoru i Kyo. Powiedzieli żebym wysłał go Zero. Tak więc to zrobiłem. Nie pisaliśmy już dość długo. A on niech interpretuje go jak chce. Zapewne i tak nie zinterpretuje go jak ja.... Poszedłem zrobić sobie herbaty. Gdy wróciłem miałem kilka nowych wiadomości, w tym jedną od Zero, która brzmiała "Jesteś idiotą Yoshida. Przestań do mnie pisać takie rzeczy.".
Nie rozumiałem jeszcze jednego. Rozmawiałeś ze mną, śmiałeś, zachowywałeś sie normalnie, ale tylko - i wyłącznie - na próbach. Nie potrafiłem tego zrozumieć. Jak u Ciebie to działało. Po co. Chociaż z drugiej strony, jak byś mnie ignorował również na próbach to, raz że ja bym sie załamał, a dwa że zespół by mógł się rozpaść. A tego drugiego i ja i Ty chcieliśmy uniknąć. Przestałem wierzyć w to, że jeszcze coś między nami będzie. Może nigdy nawet nie było? Tylko ja sobie coś uroiłem?
Chciałbym żeby te cztery miesiące trwały wiecznie. Żebyś kochał mnie jak nikogo innego. Jednak nic nie może przecież wiecznie trwać. A ty miałeś mnie serdecznie dość. Założe sie, że jakbym umarł to byś sie nawet nie pojawił na moim pogrzebie. Albo pojawił, a potem jak by wszyscy opuścili cmentarz, zaczął byś sie śmiać i cieszyć z mojej śmierci. Tak. To by mogło być w Twoim stylu. Zaśmiałem sie gorzko na to wyobrażenie, chociaż łzy uparcie nie chciały przestać lecieć.

sobota, 23 stycznia 2016

Waiting for Love ( Teru x Zin )

Miałam dość długą przerwę w pisaniu, jednak w końcu się zmusiłam i wyszło Teru x Zin. Końcówka jest beznadziejna ale mam nadzieje, opowiadanie samo w sobie jest do przeczytania.
Miłego czytania :3
(Mam nadzieje że nie ma za dużo błędów, nie sprawdzałam tego)
_____________________________________________________________________

Każdy ma w życiu taki czas gdy potrzebuje kogoś kto go przytuli pocałuje i powie że go kocha. Teru nie był w tym przypadku wyjątkiem, problem w tym że on wiedział kogo chciał, by właśnie dla niego był taką osobą. Tyle że ta miłość nie ma prawa istnieć, chociaż gdyby prowadził normalne życie, a nie był muzykiem, może by istniała mała szansa na to że ta druga osoba go pokocha. Srebrnowłosy nienawidził tej przeciwności losu i wszystkiego co stało na drodze do miłości do jego obiektu westchnień. To strasznie go frustrowało. Wyładowywał się na wszystkim lecz zwykle kończyło się na tym, że przez cały dzień, po próbie grał cały dzień i jeszcze noc, przez co nie wysypiał się i wszystko co robił - robił wolniej. I w związku z tym spóźniał się na próby, przez co Hizaki miał czasem ochotę go zamordować, chociaż długo się na niego nie gniewał, bo na Teru gniewać się nie dało.
                Obiekt westchnień Teru miał farbowane blond włosy, był od niego niższy o parę centymetrów ( W płaskich butach oczywiście ) i gdy wyciągał wysokie lub niskie dźwięki jego głos zyskiwał oryginalne vibrato. Mówiąc wprost – podobał mu się Zin. Gitarzysta sam nie wiedział skąd się wzięło to uczucie, ale szans ono nie miało. Bo po pierwsze Zin był hetero ( Fanservisy się nie liczą!), a po drugie media by i starszego i młodszego zjadły, a potem cały zespół. Hizaki by wtedy na pewno popełnił zbrodnie. Teru zginął by bardzo długą i bolesną śmiercią z rąk starszego gitarzysty, czego szaro włosy wolał uniknąć.
                Tak czy inaczej, młody mężczyzna musiał coś z tym zrobić, tym bardziej, że niedługo trasa i będzie ze złotowłosym dzielił pokój. Odkochanie się nie wchodziło w grę. Opuszczenie zespołu – tym bardziej. Powiedzenie o swoich uczuciach… Mogło by się źle skończyć. W najlepszym przypadku unikaniem przez wokalistę, a tego by nie przeżył…. Coś dźgnęło go w chude ramię. Spojrzał na tę osobę pustym wzrokiem, duszą będąc gdzieś w swoich myślach
- Teru, żyj. Od piętnastu minut siedzisz i wpatrujesz się w ścianę jak nawiedzony. – Jak się okazało, basista się zmartwił. Chudy chłopak zamrugał kilka razy.
- Yyym…. Wszystko w porządku Masashi. – Powiedział i wstał, tak że słychać było jak strzelają mu wszystkie kości. – Zamyśliłem się po prostu – Dodał i poszedł zapalić. Nadal gnębiły go jego własne uczucia. Niby chciał być szczęśliwy, ale jednocześnie zdawał sobie sprawę, że szczęście dostarczy  mu tylko Zin… I koło się toczy. Jak mu powie to nic dobrego z tego nie wyjdzie.
- Teru? Wszystko dobrze? – Dotarło do niego grzeczne pytanie. Tego głosu nie dało się pomylić z żadnym innym. Jego obiekt westchnień stał przy nim i patrzył na niego zmartwiony. Srebrnowłosy wiedział, że blondyn nie lubił papierosów i dymu, oraz że unikał tego jak ognia, więc naprawdę musiał się martwić, żeby się przełamać do przyjścia tu. Gitarzysta dopalił papierosa, zgasił go i spojrzał na wokalistę z lekkim uśmiechem
- Tak. W porządku, nie martw się. Po prostu się zamyśliłem. Chodźmy stąd, nie chcę żebyś mi się tu udusił od tego dymu. – Wrócił do sali szybko. Nie umiał przebywać z nim w jednym pomieszczeniu bo strasznie go to męczyło. Zin tylko spojrzał za nim zmartwiony i nieco smutny. Miał wrażenie że Teru go unika. Nie chce nawet z nim rozmawiać jak tylko blondynowi uda się go złapać. Mimo wszystko zależało mu na gitarzyście. Był jego przyjacielem… I nie tylko. Ale tej drugiej rzeczy wokalista nie chciał do siebie dopuścić. Może właśnie dlatego ich relacje się popsuły? W końcu Zin nie zrobił nic co mogło wpłynąć na zachowanie Teru względem Niego.  Chyba… Przecież zachowywał się jak zwykle.
                Młodszy gitarzysta i wokalista wrócili do salki w której odbywały się próby Jupitera, ponieważ przerwa się skończyła, a próba miała trwać jeszcze dwie godziny. Teru był zupełnie nieobecny i wszystko grał automatycznie. Jego myśli zaprzątał w dalszym ciągu Zin. W końcu po pół godzinie doszedł do wniosku, że nic się nie da zrobić z tym że kocha najmłodszego chłopaka z zespołu. Poza przekonaniem go do siebie, rozkochaniem, czy zrobieniem jakiegokolwiek kroku w kierunku wokalisty który pomógłby mu być z nim szczęśliwym, no i oczywiście w związku. Z wrażenia jaki jest mądry, aż przestał grać i klasnął w ręce z szerokim uśmiechem. Wszyscy spojrzeli na niego zdziwieni.
- Teru…? Wszystko w porządku? – Zapytał Hizaki. A on pokiwał głową z szerokim uśmiechem
- No pewnie że tak! Gramy dalej? – Zapytał entuzjastycznie. Hizaki był jeszcze bardziej zszokowany.
- Teru czy ty aby na pewno dobrze się czujesz? – Zapytał długowłosy i podszedł do srebrnowłosego przykładając mu rękę do czoła.  Ten wywrócił oczami i się odsunął

****

[Teru]
Ostatecznie zostałem odesłany do domu ( A raczej to Masashi mnie zawiózł do niego ), z nakazem od samego lidera, że mam wypoczywać. Następny dzień mieliśmy wolny i od poniedziałku już znów próby. A za tydzień mieliśmy jechać w trasę. Do tego czasu musiałem wyznać Zinowi swoje uczucie i rozkochać go w sobie. To będzie ciężki tydzień. Tak więc zacząłem się zastanawiać jak to zrobić… Doświadczenie nigdy jakiegoś wielkiego w tym nie miałem. Zwykle to było tak, że po imprezie trafiałem z kimś do łóżka, bez zobowiązań. Nie żeby z każdym. Kilka razy tak było. Poza tym znałem te osoby… Tak więc zamyśliłem się i zabrałem za szukanie czegoś w internecie. Wypisywałem sobie to co znajdywałem i zamierzałem spełnić te rzeczy w ciągu tych dwóch tygodni. Oby mi tylko wyszło. Bo po pierwsze kochałem Zina, a po drugie nie chciałem go stracić. 

~PONIEDZIAŁEK, DZIEŃ PIERWSZY~           
                                        
            Tak więc zaczął się nowy tydzień. Tydzień zmian i oczywiście próby zdobycia Zina. Wszedłem do wytwórni, wszystkie spojrzenia zatrzymywały się na mnie. Bez wyjątków. Co spowodowało takie zainteresowanie moją osobą? Cóż. Stawiam że wygląd. Chciałem wyglądać pięknie no i seksownie. Tak więc założyłem długie czarne, podkreślające kształty oraz imitujące skórę spodnie, do tego krwawoczerwoną prześwitującą bluzkę, na nią skórzaną kurtkę i czarne botki na obcasie. Do tego długi wisior, drobne kolczyki, kilka bransoletek i pierścionków. Włosy ułożone jak zwykle i makijaż dość ostry ale jeszcze nie taki jak sceniczny. Poszedłem jeszcze do automatu kupić sobie wodę. Wyjąłem pieniądze, wrzuciłem je do automatu i wybrałem wodę. Gdy kucnąłem by zabrać wodę i zobaczyłem, że ktoś się przy mnie zmaterializował. Spojrzałem na tę osobę zdziwiony stając z wodą w ręce i spojrzałem na nieznajomego mi mężczyznę. Ten się do mnie uśmiechnął i objął mnie w pasie
- Może się umówimy wieczorem na drinka Teru-kun? – Wymruczał, a mnie zatkało. Nie tak miało być…! Rozejrzałem się spanikowany
- Ym… Drinka? Dzisiaj? - Zacząłem nieskładnie – Um…. – I tu uratował mnie Yuki który właśnie wszedł do wytwórni. Widząc że jakiś gość od razu interweniował.
- Czy jest jakiś problem proszę pana? – Zapytał patrząc to na mnie to na faceta który mnie obejmował.
- Nie. Właściwie to nie. – Zostałem uwolniony i od razu poleciałem za Yukiego. Nieznajomy odszedł.
- Dzięki Yuki-ani. Uratowałeś mnie – Przytuliłem go z szerokim uśmiechem – Jestem Ci dłużny. – Dodałem i puściłem perkusistę. 
- No dobrze, dobrze. Spokojnie. Nie ma za co mi dziękować. – Zaśmiał się i razem poszliśmy do salki.
                Nadal wszystkie spojrzenia zatrzymywały się na mnie.  I dosłownie gdy się zjawiliśmy na próbie, do której jeszcze było jakieś piętnaście minut to wszyscy, dosłownie w tym samym momencie spojrzeli na mnie i Yukiego. Hizaki podszedł do mnie i dotknął mojego czoła niczym matka która martwi się o swoje dziecko.
- I jak? Już Ci gorączka minęła? – Zapytał gładząc mnie po włosach i przytulając do siebie.
- Tak mamo – Parsknąłem śmiechem, odsunąłem się i zgarnąłem swoją ukochaną gitarę. Usiadłem na kanapie i zacząłem się rozgrzewać. Byli już wszyscy, ale Hizaki musiał jeszcze coś tam załatwić więc próba się jeszcze nie zaczęła. Usiadł koło mnie Masashi.
- No Teru, ale się odwaliłeś. To kto jest takim szczęściarzem, że się z nim umówiłeś? – Zaśmiał się
- Nikt – Wzruszyłem ramionami i grałem „Scarlet”.
- Nie kłam. Widzę, że się z kimś umówiłeś! – Wytknął mi basista.
- Nie kłamię. Daj mi spokój. Skoro mówię, że się z nikim nie umówiłem to tak jest. – Wywróciłem oczami i przestałem grać patrząc na wyższego z niesmakiem wymalowanym na twarzy.
- Okej. To tajemnica. – Powiedział i wstał, bo Hizaki właśnie wszedł do pomieszczenia. Tasakowałem jego plecy spojrzeniem . Co za uparty człowiek.
                Próba trwała trzy godziny i potem była przerwa z której byłem szczęśliwy jak nie wiem co, bo Hizaki nas bardzo wymęczył. Odłożyłem gitarę na stojak i padłem na kanapę. Obok mnie usiadł Zin z butelką wody i zaczął pić. Ja poszedłem jego śladem i również się napiłem.
- Ładnie dzisiaj wyglądasz. – Usłyszałem z prawej strony. Prawie zakrztusiłem się wodą. Spojrzałem na niego zaskoczony. Zin patrzył na swoje ręce i bawił się swoimi palcami.
- Dziękuję – Uśmiechnąłem się szeroko i przyglądałem się mu. – Co tam Zin-kun? – Zagadałem. Starałem się być naturalny. Ale wiadomo. Jak się człowiek stara to zawsze wychodzi odwrotnie. W tym przypadku też tak było. Zin spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami
- Jak nie chcesz ze mną rozmawiać to się do tego nie zmuszaj. Nie cierpię gdy ktoś jest sztuczny – Wytknął mi wokalista i wstał. Mnie zatkało. Jednak w porę się ocknąłem i gdy chciał odejść złapałem go za nadgarstek.
- Przepraszam – Jęknąłem – Nie chciałem żeby to tak zabrzmiało… Porozmawiajmy… Bo mam wrażenie, że się od siebie oddaliliśmy. Być może z mojej winy bo nie miałem dla Ciebie czasu – Powiedziałem szczerze. No i tak się potoczyła rozmowa. I trwała ona prawie godzinę.

~ WTOREK, DZIEŃ DRUGI~

                Po dzisiejszej próbie ja i Zin mieliśmy jechać najpierw na zakupy, potem do jakiejś kawiarenki posiedzieć i pogadać. Od poprzedniego dnia zrobił się jakiś szczęśliwszy takie miałem wrażenie. Kochałem go obserwować. Był naprawdę słodki w niektórych momentach. Uwielbiałem go denerwować. Wtedy tak uroczo się złościł. O! I miał bardzo ładny uśmiech i śmiech. Po prostu mogłem go w kółko denerwować i rozśmieszać bo taki był najpiękniejszy. Właściwie tego dnia planowałem skupić się na rozmowie z nim. Tak więc przez trzy godziny wypytywałem go o różne rzeczy, żeby wiedzieć o nim jak najwięcej. Pragnąłem tej wiedzy, by uczynić go (i przy okazji siebie) szczęśliwszym. Po tych trzech godzinach i potem jeszcze dwóch w kawiarence Zin był naprawdę zmęczony. Miałem go odwieźć do niego do domu, ale zasnął mi w aucie. Postanowiłem zabrać go do siebie.  I tak też zrobiłem. Mimo że miałem problem z transportem śpiącego Zina do domu jakoś mi się to w końcu udało. Zabrałem go do łóżka w pokoju gościnnym i tam rozebrałem do bielizny. Musiał spać naprawdę twardo, żeby się nie obudzić jak go niezdanie niosłem. Jeszcze tylko pocałowałem go w skroń „na dobranoc” i opuściłem pokój. W salonie usiadłem i rozmyślałem nad dzisiejszym dniem i układałem sobie w głowie wszystko to co Zin mi dzisiaj powiedział. Kochałem go jeszcze mocniej. Zrobiłem sobie herbaty i uśmiechałem się do siebie.

~ŚRODA, DZIEŃ TRZECI~

                Jak na środę przystało zawsze mieliśmy dłużej próby. Były nieco luźniejsze i zaczynały się później, co było plusem, ale minusem było że łącznie z wyłączeniem przerwy trwały około ośmiu godzin. Środy były też po to żeby podyskutować i wspólnie stworzyć jakieś nowe piosenki, melodie i tak dalej i tak dalej. Mimo że próby były w środy najdłuższe, to lubiłem je. Mogłem dłużej słuchać śpiewu Zina. 

// Retrospekcja //
                Siedziałem przy stole, na którym było rozłożone śniadanie dla Zina, a sam piłem kawę. O dziwo wyspałem się i spałem naprawdę długo jak na mnie. Przede mną na stole leżała kartka i długopis. Miałem napad weny twórczej i od kiedy tylko wstałem napisałem trzy teksty. Zdziwiło to mnie samego. Może to obecność Zina wpłynęła na mnie tak motywująco? Albo motywacja wzięła się z zawziętości zdobycia blondyna? Nie miałem pojęcia jak to działało, ale na dobre wychodziło.  Nagle z pokoju wyszedł Zin, a ja ledwo się powstrzymałem od „Aww” na jego widok. A patrzeć było naprawdę na co. Chyba nie istnieje nic piękniejszego niż zaspany Zin, z rozczochranymi włosami, bez makijażu i w dodatku ledwo patrzący na te swoje piękne oczka. Usiadł naprzeciwko mnie i popatrzył na mnie z lekkim uśmiechem.
- Dzień dobry – Przywitał się i zaczął jeść kanapki które mu przygotowałem i podsunąłem jeszcze by się zorientował że to jego śniadanie.
- Hej. Jak ci się spało? – Uśmiechnąłem się do niego również i odłożyłem kartki na bok, a kubek postawiłem na stole.
- Dobrze. – Odpowiedział i takim właśnie miłym akcentem zaczęliśmy dzień.
\\ Koniec retrospekcji\\

~CZWARTEK, DZIEŃ CZWARTY~

                Pojawiłem się na próbie jako pierwszy. Od razu zacząłem grać. Wczoraj po powrocie obmyślałem plan co zrobić by jakoś zainteresować i zwrócić sobą uwagę Zina. Zacząłem czytać jakieś poradniki. Miałem tylko trzy dni do zrobienia CZEGOŚ by blondyn zrozumiał że nie jest dla mnie tylko przyjacielem. Tak więc zamierzałem wcielić w życie plan, który układałem wczoraj. Niby nie był jakiś skomplikowany, ale chciałem żeby Zin zrozumiał. O dziwo blondyn pojawił się po mnie. Od razu przysiadł się z uśmiechem. Od razu robiło się mi lepiej gdy widziałem jego uśmiech. Chciałem go widzieć cały czas. I doprowadzę do tego, chociażby miał się zawalić świat, czy miałaby wybuchnąć III Wojna Światowa. Rozmawialiśmy chwilę, potem poszliśmy po kawę. Rozśmieszałem chłopaka przez cały czas. Był naprawdę uroczy. Spojrzałem mu w pewnym momencie głęboko w oczy, pragnąc przekazać wszystkie uczucia przez dosłownie kilka sekund, kilka dlatego że spuściłem wzrok i zająłem się kawą. Nie byłem na tyle odważny żeby mu powiedzieć. W końcu wróciliśmy do sali, gdzie pojawili się Masashi i Hizaki więc zająłem się czymś innym niż Zin, chociaż nie do końca wszystkim tylko nie wokalistą. W dalszym ciągu go obserwowałem, posyłałem mu uśmiechy czy niby przypadkiem trącałem jego dłoń.

~DZIEŃ PIĄTY, PIĄTEK~

                Tak samo jak w dniu poprzednim, próbowałem zdobyć wokalistę mojego zespołu. Ta sama taktyka. Gdzieś w połowie próby, w czasie przerwy do naszej salki wpadł gitarzysta Mejibrayu, proponując wspólne wyjście na miasto do jakiegoś klubu którego nazwy nie mogłem skojarzyć, jeszcze z kilkoma gitarzystami, mi i Hizakiemu. Oczywiście się zgodziliśmy. Widziałem że Zin się nieco spiął. Może był zazdrosny…? Nie. Na pewno nie.
                O umówionej godzinie ja i Hizaki znaleźliśmy się pod klubem. Niedługo po nas zjawiło się kilku znajomych i wspólnie udaliśmy się do klubu, do zaklepanej loży. Było przyjemnie. Piliśmy, rozmawialiśmy trochę o naszych zespołach i planach i tak dalej. Oczywiście piliśmy, nie w jakichś strasznych ilościach i nic mocnego. Po prostu ot tak dla towarzystwa. Koło drugiej wyszedłem na papierosa przed klub. Gdy przechodziłem koło jednego ze stolików połączyłem wzrok z pewnym chłopakiem. Spojrzałem w bardzo mi znane oczy, jednak zdałem sobie z tego sprawę dopiero po opuszczeniu klubu i zapaleniu papierosa. Oczy na pewno należały do Zina. Ale co on tu robił…? Może moje starania jednak coś dały? Uśmiechnąłem się szeroko do siebie, dopaliłem papierosa i wróciłem do klubu.
                Jako że piłem najmniej ze wszystkich, poodwoziłem chłopaków do domów. Wszedłem do apartament owca w którym mieszkałem, pojechałem na odpowiednie piętro i tam ruszyłem w stronę drzwi swojego domu. I mnie zatkało. Siedział pod nimi Zin i ewidentnie czekał na mnie. Szybko do niego podbiegłem i złapałem go za rękę. Ten uniósł wzrok, spojrzał mi w oczy i ni stąd, ni z owąd mnie pocałował, przyciągając mnie do siebie.
- Nigdy nie zostawiaj mnie dla znajomych Teru – Wymruczał i przytulił mnie mocno.
- Co…? – Wytrzeszczyłem oczy. O czym on mówił? Czyżby moje przypuszczenia jednak były prawdziwe…?
- Kocham Cię Teru. – Powiedział i pocałował mnie ponownie. Czule i tęsknie. Nie mogłem w to uwierzyć.
- N-naprawdę? – Zapytałem, gdy się ode mnie odsunął. A on tylko kiwnął głową.
- Zauważyłem to we wtorek. Zauważyłem że Ci zależy na mnie tak jak mi na Tobie od kilku miesięcy. – Powiedział. A ja byłem zszokowany – Mogłeś mi powiedzieć od razu wiesz? Nie odrzucił bym Cię. – Uśmiechnął się szeroko. Razem wstaliśmy. Odwzajemniłem uśmiech
- Też Cię kocham. – Otworzyłem drzwi apartamentu. Potem zrobiliśmy herbatę, usiedliśmy w salonie i szeptaliśmy sobie czułe słówka aż do rana.