niedziela, 19 czerwca 2016

Kruk ( Tsuzuku x Yo-Ka )



Mamy piękny czerwcowy dzień... A za tydzień wakacje :3 Tak więc mam wene <3 Nie sprawdzałam tego, ani nie dawałam nikomu do sprawdzenia, tak więc mimo wszystko mam nadzieje, że się spodoba. 
Pairing: Tsuzuku x Yo-Ka ( Nie mogłam się zdecydować z kim ma być w tym ff Tzk, tak więc jest z Yo-Ką )
Zapraszam do czytania :3
( Swoją drogą, jak to możliwe że tyle ludzi tu wchodzi i nikt nie komentuje?! )

________________________________________________________________

Siedziałem wpatrując się pustym wzrokiem w okładkę jednego z magazynów, w którym ostatnio miałem sesje. Po raz kolejny otworzyłem tą gazetę i zacząłem ją przeglądać. Jakieś wywiady i wiadomości o nowościach muzycznych. Do tego kilka sesji, w tym moja. Przerzuciłem wszystkie strony własnej sesji, która właściwie nie była zła. Jednak na następnych dwóch stronach było coś, przez co w moich oczach pojawiły się łzy.  Nagłówek głosił

„Zaginął wokalista Mejibray”


I pod nagłówkiem cały artykuł na ten temat, a także fragmenty ostatnich wpisów na jego blogu. Autor tego tekstu rozważał różne, nawet najgorsze rzeczy, które mogły się stać Tsuzuku. Wspomniał o samobójstwie, morderstwie, zaćpaniu i innych strasznych rzeczach. Na koniec dodał

„Ktokolwiek go widział, jest proszony niezwłocznie zgłosić się do wytwórni lub napisać pod podany poniżej mail”


Sam nie wiedziałem, co mam zrobić. W dzień, w którym wokalista zaginął, mieliśmy się spotkać. I ja i on mieliśmy coś ważnego do powiedzenia sobie.  Ja się w końcu chciałem przemóc i powiedzieć mu, że go kocham. Nie miałem pojęcia, co on może chcieć mi powiedzieć. Ale ja jestem głupi. Mogłem mu wyznać miłość wcześniej. Teraz już za późno. Tsuzuku zniknął, zostawiając mnie i moją miłość do niego.

*

Dwadzieścia trzy lata wcześniej
Siedmioletni czarnowłosy chłopczyk siedział przy pianinie i grał piosenkę zapisaną na nutach. Mimo, że nie mógł złapać niektórych akordów, bo miał jeszcze za małą rękę to grał naprawdę pięknie. Wszyscy nauczyciele, którzy go uczyli, uważali, że był bardzo zdolnym dzieckiem. Poza graniem na pianinie umiał ładnie śpiewać, uwielbiał to robić. Jego rodzice nie byli jakoś bardzo bogaci, mimo to stać było ich na rozwijanie talentu muzycznego swojego dziecka.
Sam chłopak uwielbiał chodzić ze swoim najlepszym przyjacielem po okolicy. Chodzili do opuszczonych domów. Zawsze wszyscy ich przestrzegali przed takimi miejscami. Ludzie twierdzili, że domy są nawiedzone przez złe duchy i nie powinno się ich denerwować. Genki i Kouki jednak to bagatelizowali. Mimo że w domu byli grzecznymi i posłusznymi dziećmi, niesprawiającymi problemów, to poza nim rozrabiali i robili wszystko na przekór.
Tego dnia przyjaciele postanowili odwiedzić duży dom oddalony o kilka przecznic. Kouki przyszedł w południe po Genkiego i udali się do wcześniej zaplanowanego miejsca. Rozmawiali o tym miejscu żywo. Trochę się o nim dowiedzieli. Było to miejsce odmienne od poprzednich odwiedzonych przez nich.  To było bardziej przerażające, obrośnięte jakimiś roślinami i co najważniejsze – było nieruszone. W poprzednich domach było widać, że ktoś tam bywał raz na jakiś czas. Kiedy weszli przez okno, które było otwarte poczuli charakterystyczny zapach wilgoci. Rozglądali się zaciekawieni.
- Kou, jak myślisz, dlaczego nikt inny tu nie przychodził? – Zapytał cicho Genki rozglądając się idąc ostrożnie dalej do domu.
- Nie mam pojęcia. Ale ten dom jest świetny – Przez chwile szli po domu w ciszy. Genki szedł pierwszy, a Kouki za nim zaraz. Tak przynajmniej myślał czarnowłosy. W pewnym momencie się zatrzymał
- Kou myślisz, że czemu tu jest tyle kruczych piór? – Zapytał rozglądając się. Jednak, gdy nie otrzymał odpowiedzi, odwrócił się i zamarł, bo jego przyjaciela nie było za nim! Szybko zaczął się wracać i szukać go, ale ten zniknął. – KOU?! KOUKI ODEZWIJ SIĘ PROSZĘ – Krzyknął, a oczy mu się zaszkliły. Nagle usłyszał głos przyjaciela, który dochodził z piętra domu. Pobiegł tam szybko. Zastał tam Koukiego. Przed nim stał jakiś wysoki mężczyzna, o długich włosach i śnieżnobiałej cerze, a jego twarz nie wyrażała żadnych uczuć.
- Wy. Kto wam pozwolił tu wejść? – Odezwał się przeszywająco zimnym głosem nieznajomy, lustrując przeszywająco dwóch chłopców.
- M-my… Przepraszamy… My… - Zaczął Kouki
- Zamilcz. Dobrze wiem, że wiedzieliście, że nie można wchodzić do opuszczonych domów. – Głos mężczyzny był lekko podniesiony. – Dlatego też poniesiecie karę za niesłuchanie dorosłych! – Genki zakrył Koukiego własnym ciałem
- To nie jego wina! Tylko moja! To ja go do tego namówiłem! Ja poniosę kare, jeśli muszę! – Zaprotestował. Jego przyjaciel chciał zaprzeczyć, ale ten go uciszył.
- Tak? Dobrze.  – Uśmiechnął się przerażająco – Jeśli kiedykolwiek pokochasz kogoś prawdziwą miłością zamienisz się w kruka. Odwrócić to może tylko czysta odwzajemniona miłość. – Powiedział mężczyzna. – Twój przyjaciel jest świadkiem. – Dodał i zniknął. Genkiego przeszedł dziwny dreszcz. Opuścili dom. Umówili się, że to będzie ich wieczna tajemnica. 

*

Dwadzieścia dwa i pół roku później
[Tsuzuku]
Siedziałem przed koncertem zamyślony. Musiałem porozmawiać z Yo-Ką. Chyba go kochałem. Pisałem właśnie na ten temat z Koukim. Dobrze wiedziałem jak to się skończy, jeśli będę pewny swojego uczucia. Potrzebowałem jakiegoś wsparcia od swojego przyjaciela. On mnie rozumiał i wiedział, co się dzieje. Nasza tajemnica nie wyszła na jaw przez całe dwadzieścia dwa lata. Było kilka przelotnych miłostek przez ten czas, jednak nie były one na tyle mocne, by klątwa, którą rzucił na nas, a właściwie na mnie, ten nieznajomy, zadziałała.  Jednak to, co poczułem do Yo-Ki, było zupełnie inne niż te wcześniejsze uczucia do moich ukochanych.  Dużo o tym rozmawiałem z Kou, który się o mnie bał. Wiedział, że bez względu na konsekwencje nie odpuszczę sobie wokalisty Diaury. Ja również to wiedziałem. Nie chciałem go stracić. To chyba była miłość.
Ktoś mnie szturchnął. Uniosłem głowę i zobaczyłem różowo włosego basistę swojego zespołu uśmiechającego się do mnie przyjaźnie.
- Co jest Tsu? Coś cię męczy? Jak chcesz się wygadać to wal – Powiedział Koichi, zakładając włosy za ucho. Westchnąłem i posłałem mu lekki uśmiech.
- Nic mi nie jest. Zamyśliłem się po prostu. – Wzruszyłem ramionami wstając i się lekko przeciągnąłem.
- W porządku. Ale jak by coś się działo to nam powiedz dobrze? Ostatnio wydajesz się naprawdę smutny. – Powiedział. – A i zaraz wychodzimy – Dodał i poszedł zapewne do reszty zespołu. Lubiłem, go, był świetną osobą i liderem. Miał też swoją manie na punkcie maskotek i dziwacznych rzeczy. Poza tym był pozytywną osobą i wszystkich wspierał. W przeciwieństwie do gitarzysty, któremu się ciągle coś nie podobało, szczególnie, gdy coś mi nie wychodziło na koncercie. MiA był perfekcjonistą, egoistą i narcyzem zapatrzonym w siebie. Niby się wydaje miły, ale gdy jesteśmy na próbie, albo po koncercie to ciągle nas krytykuje i wytyka nam błędy. To naprawdę wkurwiające i demotywujące. Nie raz miałem ochotę mu rozwalić jego idealnie prosty nos. Nadal się zastanawiam, co popsuło relacje moje i Mii, w końcu na początku kariery zespołu się nawet przyjaźniliśmy.  Meto natomiast był bardzo interesującą osobą. Był dużo młodszy ode mnie i mogłoby się wydawać, że w ogóle nie mamy ze sobą wspólnych tematów, jednak to było błędne stwierdzenie.  Dogadywaliśmy się bardzo dobrze i często wychodziliśmy na piwo. Perkusista był specyficzną osobą, czego nie dało się nie zauważyć, z resztą podobnie jak ja.
Westchnąłem i napisałem Koukiemu, że idę dać koncert, odłożyłem komórkę i poszedłem do reszty. Niedługo później wychodziłem już na scenę. Tak się bałem. Ale prędzej czy później będę musiał porozmawiać z Yo-Ką. Dobrze o tym wiedziałem. 

*

Pół roku później

Siedziałem z Koukim przez cały dzień. Doszedłem do wniosku, że jestem pewien swoich uczuć.  Kochałem Yo-Kę. Nie wiedziałem czy to była miłość prawdziwa, jednak byłem pewien, że go kocham. Miałem się z nim spotkać następnego dnia.
- Kou. Jeśli się klątwa spełni, przekaż Yo-ce ten list. Proszę. – Podałem mu kopertę i spojrzałem w jego oczy. – Nigdy się na tobie nie zawiodłem i zawsze na tobie polegałem, więc wiem, że go dostarczysz. – Przytuliłem go i westchnąłem ciężko.
- Nie ma mowy. Nic Ci nie będzie. To nie jest prawdziwa miłość… Nie chcę Cię stracić Genki… - Widziałem jego zaszklone oczy. – Jesteś jak mój starszy brat, chociaż jesteśmy w jednym wieku. Zawsze byłeś dla mnie kimś takim… - Wtulił się we mnie
- Wiem o tym. Ale nie poddawaj się. Będę przy tobie jak będę krukiem… Jeśli ta miłość jest prawdziwa i klątwa zadziała oczywiście. – Posłałem mu lekki uśmiech. – Nie smuć się proszę. To był mój pomysł żeby tam wtedy iść.

*

[Kouki]
Przez całą noc razem z Genkim wspominaliśmy najlepsze sytuacje z naszego życia. Było tego naprawdę dużo. Przeżyliśmy razem tyle wspaniałych chwil. W końcu razem wyjechaliśmy do stolicy. Tsuzuku zaczął karierę muzyczną, a ja znalazłem prace, jako informatyk, w jednej z większych firm. Miałem naprawdę dobrą prace i szczęście, że wtedy ją znalazłem. Nad ranem, byłem tak wyczerpany, że nie miałem już siły rozmawiać i zasnąłem. Gdy się obudziłem w całym domu panowała cisza. Zerwałem się na równe nogi, a oczy mi się zaszkliły. Zacząłem wszędzie szukać przyjaciela. Nawet do niego zadzwoniłem, jednak, gdy usłyszałem dźwięk jego komórki, zamarłem i się do końca rozpłakałem. Podszedłem za sygnałem i zobaczyłem jego telefon leżący na stole w kuchni. Na wyświetlaczu było: 

1 Nieodebrane połączenie
Od:
KOU


Cholera. Nie. On nie mógł… Usłyszałem kraczenie kruka. Zatkało mnie i spojrzałem na – jak się okazało – otwarte okno. Siedział na nim czarny kruk i patrzył mi prosto w oczy.
- Genki… - Powiedziałem cicho, a ptak zakraczał. Podszedłem do niego i niepewnie pogłaskałem. Tak. To na pewno był on. – Czyli to twoja miłość… - Spojrzałem na list leżący na stole i zacisnąłem wargi. Zgarnąłem swoje rzeczy, oraz telefon Genkiego i list dla Yo-Ki. Wiedziałem dokładnie, że przekazać muszę go, gdy Tsu da mi znak. Opuściłem dom. Od zawsze miałem zapasowy klucz od jego domu. Pojechałem do siebie i tam siedziałem zamyślony. Denerwowałem się. Niech da mi znak szybciej. Chcę go ponownie, jako człowieka.
I znak nastąpił. Jakiś miesiąc od zmiany Genkiego w kruka. Obudziło mnie kraczenie i uderzanie dziobem o szybę. Najpierw nie wiedziałem co się dzieje, a potem zdałem sobie sprawę, co to było.  Szybko otworzyłem okno. Ptak wleciał do domu i wyciągnął list dla Yo-Ki siadając na moim stole i tam go kładąc. Spojrzałem mu w oczy.
- Jadę do niego. – Powiedziałem i zacząłem się ubierać. Zadzwoniłem do Yo-Ki z telefonu Genkiego idąc do auta. Po dwóch sygnałach odebrał
-Tsuzuku?! – Zawołał z przerażeniem i szczęściem jednocześnie
- Nie. Nie jestem Tsuzuku. Jednak jestem jego najlepszym przyjacielem. Chciałbym z tobą porozmawiać. Możemy się spotkać? – Powiedziałem pewnie.
- Skąd masz jego telefon? No… Dobrze. Gdzie i kiedy, a się zjawie… - Powiedział zawiedziony.
- Jak najszybciej. U Tsu w mieszkaniu. Wszystko Ci wyjaśnię na miejscu, tylko proszę, przyjdź. I nikomu nie mów gdzie idziesz. Dobrze? – Powiedziałem.
- Ja… - Zawahał się. – No dobrze. Już jadę. Nikomu nie powiem oczywiście – Powiedział już pewniej. Usłyszałem nadzieje w jego głosie.
Pół godziny później siedziałem w mieszkaniu Genkiego przy stole patrząc na jego telefon, oraz list, który po sobie zostawił. Usłyszałem po chwili dzwonek do drzwi. Poszedłem otworzyć. W drzwiach stał chłopak, trochę niższy ode mnie, miał złoto-czarne włosy, a jego twarz wyglądała na zmęczoną, o czym świadczyły sińce pod oczami i czerwone spojówki.  Przepuściłem go w drzwiach i się lekko uśmiechnąłem. Wszedł i zdjął buty. Poprowadziłem go do salonu wskazując sofę. Zerknąłem za otwarte okno. Na drzewie siedział kruk i się wszystkiemu przyglądał.
- Jestem Kouki. – Przedstawiłem się mu.
- Yo-Ka – Mruknął. – Wiesz gdzie jest Tsuzuku? – Zapytał.
- Wiem. W tej chwili to nie ważne. – Podałem mu list. – To dla Ciebie. Od Tsuzuku. – Powiedziałem. Wokalista spojrzał na mnie zaskoczony i odebrał list. Otworzył go i zaczął czytać. Widziałem, że w pewnym momencie zamarł. Ciekawe, co Genki tam napisał…
- On… On… - Zaczął nieskładnie ukochany mojego przyjaciela. Spojrzał na mnie ze łzami w oczach. – Czy to wszystko to prawda? Tsu mnie kocha? Jest teraz krukiem przez jakąś głupią klątwę? – Zapytał. Wtedy ptak wleciał przez okno strasząc tym Yo-Ke i usiadł na oparciu krzesła kracząc.
- Tak. Tu masz żywy dowód. – Wskazałem na ptaka. Wokalista wstał z miejsca i podszedł do ptaka niepewnie dotykając go. Ten nie uciekł.
- Jak ja mam Ci pokazać, że kocham cię równie mocno jak ty mnie…? – Wyszeptał patrząc zwierzęciu w oczy – Kocham Cię Tsuzuku. Nawet nie wiesz jak bardzo – Oparł swoją głowę o głowę Tsuzuku, a po jego twarzy płynęły łzy. Kilka z nich spadło na pióra kruka. Obserwowałem ich zaciekawiony.
Nagle ni stąd ni z owąd zerwał się wiatr i trzasnął oknem, a w domu pojawił się ten sam mężczyzna, co wtedy.
- Większość z was, ludzi nie wie, co to prawdziwa miłość. Tym bardziej ta czysta i odwzajemniona. Jednak mogę być pewny co do waszych uczuć, bo was obserwowałem, od momentu gdy klątwa zadziałała. Chciałbym by było więcej takich ludzi jak wy. Od teraz, Genki, Yoshito bądźcie razem szczęśliwi. Dotychczas tylko dwie osoby przeżyły tę klątwę. Ty – tu wskazał na kruka – jesteś trzeci. Cieszy mnie to.  – Pstryknął palcami. Kruk wyleciał spod palców Yo-Ki i nagle zaświecił oślepiającym światłem.  Yo-Ka musiał zakryć oczy z racji tego, że stał tak blisko światła. Chwile potem pojawił się Tsuzuku. Cały i zdrowy. Odetchnąłem z ulgą, a on objął Kawade mocno.  - Wszystkie problemy twojego zniknięcia zostaną rozwiązane. Wytwórnia będzie miała papierek, że musiałem cię zabrać na drugi koniec Japonii, a reszcie powiedz, że musiałeś wyjechać.  Opiekujcie się sobą – Powiedział na koniec i zniknął. Tsuzuku pocałował swojego ukochanego czule.  Ja również chciałem się wycofać, jednak zatrzymał mnie głos Tsuzuku.
- A ty gdzie się wybierasz Kou? – Zapytał mój przyjaciel.

*

[Yo-Ka]
To wszystko było dla mnie jak sen. Ten miesiąc bez Tsuzuku był okropny. A właściwie świadomość, że zaginął. Może i często się nie spotykałem z nim w tygodniu, nawet dłużej niż tydzień potrafiliśmy się nie spotykać, jednak pisaliśmy na tyle na ile pozwalała nam praca. Załamałem się po jego zniknięciu i płakałem, gdy siedziałem w domu, natomiast na próbach byłem przygnębiony i bez życia. Przyjaciele się o mnie bardzo martwili. W pewnym momencie zaczęli ze mną nawet mieszkać, żebym sobie czegoś przypadkiem (lub nie) nie zrobił. Gdy rozdzwonił się mój telefon i zobaczyłem na wyświetlaczu „Tsuzuku” kamień spadł mi z serca, jednak nie na długo, bo słysząc po drugiej stronie głos, który zdecydowanie nie należał do obiektu moich westchnień poczułem się zawiedziony. Nadzieja do mnie wróciła, gdy mój rozmówca powiedział, że musi się ze mną spotkać w mieszkaniu Tsu. Zapewne miał jakieś informacje o nim… Z drugiej strony, dlaczego dzwonił z tym do mnie? Genki miał własny zespół, a ze mną się tylko przyjaźnił. Tak przynajmniej uważałem. Kiedy się pojawiłem tam, zastałem Japończyka w wieku na oko moim, albo Tsu, o brązowych włosach, tego samego koloru oczach, ubranego na czarno. Przedstawił się jako Kouki. Kiedy weszliśmy do salonu uderzyły we mnie wspomnienia, gdy razem z Tsu leżeliśmy na kanapie i oglądaliśmy filmy.  Albo gdy mnie pocieszał, kiedy zdechł mi kot i u niego zasnąłem, a z rana dostałem małego kociaka. A teraz Tsuzuku nie było… Kiedy zapytałem Koukiego o Tzk, ten dał mi list. Zaskoczyło mnie to Był zaadresowany do mnie. Poznałem pismo Tsuzuku. Otworzyłem list szybko i zacząłem go czytać. Właściwie jego treść była niedorzeczna. Jednak… Wierzyłem w to, co tam było napisane. Poza tym tam było napisane, że Genki mnie kocha. On tak napisał. Kiedy zapytałem o to Koukiego, do pokoju wleciał czarny kruk i usiadł na oparciu krzesła, które stało obok sofy.  Kiedy się przekonałem, że ten ptak jest Tsuzuku rozpłakałem się i zrobiło mi się ciemno przed oczami, tak że myślałem, że zemdleje.
Potem wszystko działo się tak szybko… Pojawił się jakiś gościu pod oknem, przez które wcześniej wleciał kruk, zaczął coś mówić, potem ptak wyślizgnął mi się spod rąk i chwile potem rozbłysło oślepiające mnie światło, przez co musiałem schować w dłoniach twarz. W następnym momencie poczułem obejmujące mnie ramiona i usta całujące mnie w czoło. Wyczułem zapach perfum Tsuzuku. Gdy zabrałem ręce, zobaczyłem, że mężczyzna zniknął, a przede mną stał cały i zdrowy mój ukochany. Poczułem jego usta na swoich. Oddałem pocałunek i się do niego mocno przytuliłem.
- Nigdy więcej mnie tak nie zostawiaj. – Szepnąłem. On przytaknął i zobaczył, że Kouki wychodzi, więc go zatrzymał. Odsunąłem się na chwile od Tsuzuku i podszedłem do jego przyjaciela tuląc go mocno – Dziękuję. Dzięki tobie Tsu znów tu jest z nami… Jako człowiek… - Po czym wróciłem do ukochanego. Ten zarządził, że zjemy coś i napijemy się dobrego wina, żeby uczcić jego powrót

*

- O czym tak intensywnie myślisz, kochanie? – Doszedł mnie głos mojego ukochanego i chwile później poczułem ramiona obejmujące mnie w pasie.
- O tym, co się kiedyś działo – Odwróciłem głowę i pocałowałem go czule.
- Masz na myśli klątwę? – Zapytał, na co przytaknąłem kiwnięciem głowy. – To już zamknięty rozdział. Ale to nas zbliżyło i się z tego cieszę – Powiedział z uśmiechem i zaczął mnie powoli całować, odwracając przodem do siebie – Chociaż wiesz. To ‘kiedyś’ było zaledwie pół roku temu.  – Zaśmiał się, a ja mu zawtórowałem.
- Cicho. To aż pół roku. A teraz zbieraj się, bo nie zdążymy na tą imprezę organizowaną przez moją wytwórnie. Obiecałem, że tam będę, a ty ze mną, kochanie!

___________________________________________________

Kouki  po japońsku oznacza dociekliwość / wścibskość / ciekawość. Nie ma nic wspólnego z wokalistą D=OUT

poniedziałek, 30 maja 2016

R U L E R ( Yo-ka x Kei )

Tak. Notki pojawiają się z niesamowitą częstotliwością xD Jednak do końca czerwca raczej tak zostanie ;-; Nie mam weny to raz, a dwa - szkoła. Niby koniec roku, a najwięcej trzeba robić... No w każdym razie nieważne. Mam nadzieję, że notka się spodoba. Dziękuję Oni za cierpliwość przy betowaniu <3
Jak by były jakieś propozycje co do pairingu to też chętnie posłucham.
Komentujcie~!<3

____________________________________________________________________________________



                Świst powietrza, a potem plask uderzonego batem ciała. Kolejny cios, a później cichy szloch. W kącie pokoju siedział zwinięty srebrzystowłosy, a po jego policzkach płynęły łzy. Jego ukochany znów się zdenerwował... Znów dostał od niego batem. Gdyby wtedy Yo-Ki nie opętała władza, to może byłby jak kiedyś? Czuły i kochający… Ale teraz, od kiedy został władcą, zupełnie nie odróżnia życia prywatnego od pracy. Co za tym idzie – traktuje wszystkich jednakowo źle, jak podwładnych, którymi można gardzić.  Nieważne, czy to jego ukochany Kei, rodzina, czy najlepsi przyjaciele – teraz jego prawa i lewa ręka – Shoya i Tatsuya, czy jakiś podwładny. Wszystkich traktuje tak samo. A najbardziej obrywa na tym Kei, bo jeśli coś się jego ukochanemu  nie spodoba w jego zachowaniu albo ktoś w pracy zrobi coś nie tak, to od razu się za to dostaje właśnie jemu. Kei mimo to stara się go wspierać. Kocha go i gdy ten go bije, to się trzyma, licząc że kiedyś ulegnie to zmianie.

[Kei]
                Próba skończyła się dziś wcześniej. Yo-Ka musiał jechać załatwić coś w sprawie swojego uczestnictwa w jakiejś tam akcji. Od kiedy wciągnął się politykę, nie miał prawie na nic czasu w ciągu tygodnia.  Zazwyczaj w weekendy nie pracował. Wtedy chodziliśmy na randki, na piwo z Shoyą i Tatsuyą lub siedzieliśmy po prostu w domu i wyznawaliśmy sobie uczucia. Na szczęście nasz zespół był związany ze sobą, a godziny prób nie nachodziły się z pracą w polityce, więc nie miał problemu z rozwijaniem swojej kariery politycznej jak i muzycznej wokalisty.  Starałem się wspierać Yo-Kę cały czas. Z resztą od czasów Valluny byłem z Yo-Ką w związku, więc zawsze tak było. Z resztą mój ukochany był osobą, za którą się podążało i wspierało się jej decyzje. Wróciłem sam do naszego apartamentu i próbowałem stworzyć  nową piosenkę, jednak nic z tego nie wyszło. Zjadłem coś – nie dużo, ponieważ nie mogłem wpakować w siebie jakoś wiele. Miałem wrażenie, że popadam w jakąś anoreksję… Pomyślałem, że powinienem coś z tym zrobić, żeby nie denerwować Yo-chana, więc zmusiłem się do zjedzenia jeszcze kilku rzeczy. Nigdy nikogo tak nie kochałem, jak w tym momencie kocham Yo-Kę. Nie przeżyłbym gdybym go stracił. Położyłem się w sypialni i zacząłem czytać książkę, jednak po kilku minutach ta wypadła mi z rąk, a ja sam zasnąłem.
                Miałem koszmar. Śniły mi się naprawdę okropne rzeczy. Zerwałem się do siadu zalany potem i łzami. Poczułem mocno i pewnie obejmujące mnie ramiona. Najpierw zacząłem się szarpać, ale gdy usłyszałem uspokajający mnie głos i zobaczyłem Yo-Kę, to od razu mocno się do niego przytuliłem. Pogłaskał mnie po głowie i pocałował czule.
– Co Ci się śniło? Strasznie płakałeś przez sen… – powiedział.
– N-nie pamiętam… – Pociągnąłem nosem i wytarłem policzki i oczy zalane łzami. Mój ukochany mnie mocniej przytulił.
– No już Ke-chan. To tylko zły sen. Jestem przy tobie. Zawsze będę i cię obronię. – Ucałował mnie słodko i mocniej do siebie przyciągnął. – Chodź, zjemy coś.  Niedawno wróciłem i gdy usłyszałem, że płaczesz przez sen, to przy tobie leżałem.  – Słysząc to lekko się zarumieniłem i spuściłem głowę.
– Przepraszam Yo-chan… – szepnąłem, a on się zaśmiał.
– Głupek. Nie jestem zły przecież. – Przytulił mnie i pocałował czule. – Kocham Cię, Kei. Najbardziej na świecie.  – Wstałem i zacząłem iść do kuchni. Odwróciłem się jeszcze w stronę ukochanego i uśmiechnąłem się do niego ładnie.
– Też cię kocham, Yo-Ka – powiedziałem i udałem się do kuchni.
***
                Yo-Ka wpadł przeszczęśliwy do domu. Akurat tworzyłem nową piosenkę i gdy mój chłopak wpadł, prawie wypuściłem gitarę z rąk. Yo-Ka przytulił mnie mocno.
– Co się stało? – zapytałem zaskoczony, tuląc go.
– Obejmuję władzę w Japonii! – zawołał. Odebrał mi gitarę i stawiając ją na stojaku, porwał mnie w ramiona. Zakręcił się ze mną na środku salonu, a potem zaczął mnie całować . Pisnąłem i przytuliłem się do niego, a potem oddawałem pocałunki.
– Jak to? – zapytałem, będąc w głębokim szoku.
– Jestem władcą – szepnął. Po tej informacji resztę dnia spędziliśmy w łóżku. Rano dowiedziałem się, że Shoya i Tatsuya są jakimś cudem prawą i lewą ręką Yo-Ki. Mój skarb powiedział, że nie chce wciągać mnie w politykę, poza tym woli żebym siedział bezpiecznie w domu. Oczywiście nasz zespół tak jakby nie istniał.  Oficjalnie nie był rozwiązany, ale nie graliśmy. Yo-Kę widziałem coraz rzadziej. Był szczęśliwy, jednak z czasem stał się zimny. Poza tym ciągle chodził spięty, aja siedziałem w domu albo spotykałem się ze znajomymi.
                Raz miałem dłuższe spotkanie ze znajomymi gitarzystami i wróciłem dość późno, bo koło drugiej nad ranem. Myślałem, że Yo-Ki jak zwykle nie będzie, jednak się myliłem. Yoshito czekał na mnie.  Był wściekły. Najpierw zaczął wypytywać, gdzie byłem tak długo. Nie odpowiedziałem, tylko spuściłem wzrok na swoje buty. Wytknął mi, że nie powinienem nigdzie wychodzić, bo jestem jego. Nie wytrzymałem i sprzeciwiłem się. Nakrzyczałem na niego i powiedziałem że nie chcę być więźniem we własnym domu. I to był błąd. Yo-Ka do mnie podszedł, zauważyłem, że nadal miał na sobie mundur. Uderzył mnie w twarz, krzycząc, że mam się zamknąć. Upadłem i złapałem się za policzek. Patrzyłem na niego z niedowierzaniem.  A on  spoglądał na mnie z góry.  W końcu ukucnął przy mnie i pocałował brutalnie.
– Nie denerwuj mnie. Czekałem na Ciebie całą noc! A ty? Szlajasz się nie wiadomo gdzie i nie poświęcasz mi czasu, niewdzięczniku! – Po raz kolejny mi wygarnął.  Po chwili widziałem, jak stara się uspokoić i odetchnął głęboko – No już. Przepraszam. Chodź się ze mną położyć. – Zadecydował i poprowadził mnie do łóżka. Położył mnie na nim, siadając przy mnie i patrząc smutnym wzrokiem w moją stronę – Naprawdę przepraszam. Poniosło mnie. Nie chciałem cię uderzyć.  – Pocałował mnie niepewnie. Przytaknąłem tylko na jego słowa. Bałem się go. Wolałem nie dolewać oliwy do ognia. Ułożyłem się wygodniej na łóżku i zasnąłem naprawdę szybko. To był pierwszy raz, gdy Yo-Ka mnie uderzył. Potem to się powtarzało i nie poprzestało tylko na uderzeniu ręką, ale jeszcze Yo-Ka wynalazł bat. Kilka razy jeszcze przepraszał, ale potem to już nie miało dla niego znaczenia.  Jednak ja  ciągle mu wybaczałem. Może i to był czysty masochizm, ale kochałem go zbyt mocno, żeby mu nie wybaczyć. Gdy kiedyś Shoya i Tatsuya do nas przyszli i zobaczyli mnie – chudego i całego w siniakach, a nawet z gdzieniegdzie porozcinaną skórą, od razu nakrzyczeli na Yo-Kę i pytali, co on sobie myśli, że mnie tak traktuje.  Im się również oberwało. Po tym starali się mnie wspierać, gdy Yo-Ki nie było w pobliżu i pracował.
                Całymi dniami siedziałem na kanapie pod kocem albo w łóżku pod kołdrą i płakałem. Czasem wmuszałem w siebie jedzenie, żeby nie umrzeć z głodu, jednak byłem tak pogrążony w depresji, że nie potrafiłem. Yo-Ka ciągle czegoś ode mnie chciał, gdy był w domu. Jak jeszcze miał dobry humor, to pół biedy, ale gdy był zły, zwykle obrywałem.  Seksu w ogóle nie uprawialiśmy. Raz, kiedy coś dla niego miałem zrobić, zemdlałem, a on się nawet nie ruszył. Nie mogłem także grać na gitarze, ponieważ każda melodia, która wydobywała się z spod strun, była piosenką Diaury. Wtedy przypominał mi się piękny śpiew Yo-Ki i chwile spędzone z nim. 
                W pewnym momencie mnie natchnęło. Napisałem tekst, piękny tekst, w którym zawarłem wszystkie swoje emocje.  Skomponowałem do tego melodię i zostawiłem to na stole w salonie, a obok odstawiłem gitarę na stojak. Sam położyłem się na kanapie. Ogarnęło mnie zmęczenie. Przykryłem się kocem i oczy mi się zamknęły. Odpłynąłem. Miałem nadzieje że Yo-Ka w ramach złości nie podrze tego tekstu i nut. Chciałbym, żeby było jak dawniej. Żeby Yo-chan był tym samym Yo-chanem, co kiedyś. Kochającym, pomocnym i delikatnym. Tak strasznie mi go brakowało. Chciałem być szczęśliwy.

[Yo-Ka]
                Władza była zawsze moim marzeniem. Od zawsze przewodziłem rówieśnikom. W szkole średniej zostałem przewodniczącym szkoły. W swoich poprzednich zespołach, jak i w Diaurze również zawsze byłem liderem. Władza sprawiała mi przyjemność. Lubiłem władać ludźmi, a na dodatek byłem do tego stworzony. Umiałem zrezygnować ze wszystkiego dla władzy. Chociaż w Vallunie poznałem Keia i zakochałem się w nim.  Z racji tego, że był nie śmiały, to cały czas robiłem wszystko, żeby go zdobyć aż w końcu zostaliśmy parą. Naprawdę się kochaliśmy. Nasz związek był idealny. Mimo że czasem się sprzeczaliśmy, to szybko się godziliśmy.  Nasze życie było naprawdę piękne. Oczywiście sypialiśmy ze sobą, ale nie było to podstawą naszego związku. Kei był naprawdę słodki, gdy mnie przepraszał za jakieś głupoty, jednak czasem umiał pokazać pazurki i mi się postawić.  A poza tym on zawsze mnie wspierał we wszystkim. Gdyby nie on, zrezygnowałbym z połowy swoich planów na życie. Nie mogłem sobie wymarzyć lepszego chłopaka niż Kei. Nawet po rozpadzie Valluny nic się nie zmieniło. Potem założyliśmy Diaurę… Po jakimś czasie wkręciłem się w politykę. Nie miałem już praktycznie czasu, ale starałem się ciężej pracować w tygodniu, żeby weekendy mieć wolne i spędzać je z ukochanym i przyjaciółmi.
***
                Zaprosiłem Keia na randkę.  Właśnie zaczęła się wiosna, więc chciałem jakoś uszczęśliwić swojego ukochanego, tym bardziej, że na dworze była bardzo ładna pogoda. Poza tym trwało święto Hanami. Wiedziałem, że Keiowi spodoba się spacer wśród kwiatów wiśni, a potem siedzenie do wieczora w naszej ulubionej kawiarni ze mną. Uwielbiał, gdy byłem romantyczny, jednak nigdy nie powiedział tego wprost, ale ja dobrze o tym wiedziałem. Znałem go bardzo dobrze, chociaż czasem umiał mnie naprawdę zaskoczyć. Uwielbiałem się nim zajmować i pilnować, żeby nikt na nim nie położył swoich brudnych rąk.
Zaraz po próbie wsiedliśmy do mojego auta i na najbliższej stacji, tuż po tankowaniu, związałem mu oczy czarnym miękkim kawałkiem materiału.
– Co do…? Yo-Ka, co ty wyprawiasz? – zapytał ze śmiechem.
– Spokojnie, jak dojedziemy, to ci to zdejmę - powiedziałem i pojechałem do miejsca, do którego wcześniej planowałem pojechać z nim.
– Daleko? – zapytał, grzecznie siedząc i bawiąc się palcami.
– Troszkę. – Uśmiechnąłem się. Po kilkunastu minutach dojechałem do parku pełnego kwitnących wiśni. Stanąłem na parkingu i odpiąłem pasy swoje i Keia. Gdy ten chciał zdjąć przepaskę, zatrzymałem go. – Mówiłem, Ke-chan. Ja ci zdejmę w swoim czasie. – Wysiadłem i wyprowadziłem go z auta, po czym zaprowadziłem w głąb parku i posadziłem na ławeczce pod kwitnącą wiśnią.
- Co tak pachnie? – zapytał a ja musnąłem jego usta swoimi. Rozwiązałem mu oczy, które miał dalej zamknięte. Oddawał pocałunek z pasją i miłością. Po chwili odsunęliśmy się od siebie.  Popatrzyłem na niego, a mój ukochany powoli otworzył oczy i spojrzał w moje.  Ująłem go delikatnie pod brodę i odwróciłem jego piękną buzię w bok. Kei zaniemówił i rozglądał się dookoła. Objąłem  go w pasie i przytuliłem. Był taki piękny, gdy się uśmiechał.
– Tu jest tak pięknie... Cieszę się, że mnie tu zabrałeś. – Przytulił mnie i wstał. – Chodźmy się przejść! Tu jest tak pięknie! – Powtórzył, a ja się roześmiałem. Posłusznie wstałem, objąłem Ke-chana w pasie i ruszyliśmy na spacer. Po dwóch godzinach zabrałem go powrotem do mojego auta i pojechałem do naszej ulubionej kawiarenki. Nie było tam zbyt dużo ludzi, a podawali dobrą kawę i ciasta. Zamówiliśmy ulubione desery. Ten dzień był idealny. Kei tak się cieszył z tych wszystkich rzeczy, a ja cieszyłem się, że mogę z nim spędzić dzień. Nigdy w życiu nie mógłbym go skrzywdzić. Chciałem być z nim na zawsze.
***
                Zostałem władcą. Shoya był moją prawą ręką, a Tatsuya lewą. Nie interesowało mnie teraz za bardzo zdanie innych. Keia nie chciałem w to mieszać. Gdybym go stracił, to chyba bym tego nie przeżył. Wypełniałem papiery i zajmowałem się innymi obowiązkami. Czasem potrafiłem nie wracać do domu na noc z racji pracy. Gdy wracałem – Kei był smutny, więc starałem się go pocieszyć. Uśmiechałem się do niego, całowałem, a czasem gdzieś wyszliśmy w nocy. A gdy pogoda nie dopisywała, to się kochaliśmy. Długo i namiętnie.  Rano zwykle znikałem. Szedłem do pracy, jednak zostawiałem mojemu skarbowi śniadanie na stoliku nocnym. Zrobiłem się przez tę pracę nerwowy.  Chociaż spełniło się moje największe marzenie. Brakowało mi teraz tylko bycia obok Keia i całowania go.  Nawet kłótni o jakieś głupoty.
***
                Wróciłem do domu. Byłem zły. Moi podwładni zrobili mi kilka rzeczy na przekór. Gdy wszedłem do domu, panowała tam cisza. Zmarszczyłem brwi. Czyżby Kei spał…? Spojrzałem na zegarek. Nie ma mowy. Była 20. Zacząłem go szukać po pokojach, ale go nigdzie nie było. Zdenerwowałem się i usiadłem w fotelu, tak żeby mieć widok na drzwi. Kiedyś musiał wrócić. Ciekawe, czy codziennie tak go nie ma. I od kiedy? Siedziałem do rana. Około trzeciej usłyszałem przekręcany zamek. Gdy wszedł, był naprawdę zdziwiony, że jestem w domu. A ja? Ja byłem wściekły. Zacząłem wypytywać gdzie był, że wraca nad ranem. Milczał.
– Nie powinieneś w ogóle wychodzić.  Jesteś mój! Powinieneś być tylko ze mną! – wytknąłem mu zły.
- Nie jestem twoją kurwą! – krzyknął. – Ani twoim więźniem, do cholery, więc masz mnie tak nie traktować! – O kilka słów za dużo. Podniosłem się i podszedłem do niego szybko. Uderzyłem go w twarz. Nie było to lekkie uderzenie.
– Zamknij się! – krzyknąłem. On od tego uderzenia upadł na podłogę. Patrzył na mnie z niedowierzaniem. Nie panowałem nad sobą. Patrzyłem na niego z wyższością. Ukucnąłem po chwili przy nim i pocałowałem go brutalnie.
– Nie denerwuj mnie. Czekałem na Ciebie całą noc! A ty? Szlajasz się nie wiadomo gdzie i nie poświęcasz mi czasu, niewdzięczniku! – wygarnąłem mu zirytowany. Kilka minut zajęło mi uspokojenie się. Również po tych kilku minutach zdałem sobie sprawę co zrobiłem. – No już. Przepraszam. Chodź się ze mną położyć. – powiedziałem i zaprowadziłem go do łóżka. Położyłem go, usiadłem obok i patrzyłem na niego smutno. Miałem wyrzuty sumienia. Kochałem go i naprawdę nie wiedziałem, jak mogłem tak go skrzywdzić. – Naprawdę przepraszam. Poniosło mnie. Nie chciałem cię uderzyć. – Pocałowałem go lekko i niepewnie. On nadal milczał. Zabolało. Jednak ja sam sobie na to zasłużyłem. Gładziłem go delikatnie po włosach i pocałowałem w czoło lekko. Zasnął. To był moment, w którym mnie natchnęło. Zabrałem kartkę i długopis i stworzyłem piękny tekst. Od razu schowałem go do swojego munduru. Kiedy przyjdzie czas, jakoś użyję tego tekstu. Chciałbym już nigdy nie zranić Keia… Tak bardzo go kocham…
***
Nie dotrzymałem słowa. Wyżywałem się na Keiu. Biłem go, wyzywałem, przelewałem na niego całą swoją złość, gdy mi nie szło, denerwował mnie lub ktoś zrobił coś nie po mojej myśli. Za wszystko obrywał Kei. I nie skończyło się na uderzeniach ręką, ale w grę wchodził bat albo mój skórzany pasek od spodni. W pewnym momencie przestałem nawet kupować jedzenie i uzupełniać zapasy w lodówce. Gdy wracałem, widziałem chude i całe w siniakach ciało ukochanego. Pod jego oczami były sińce, włosy dużo za długie z dużym odrostem na czubku. Twarz wykrzywiona w grymasie bólu lub po prostu smutna. Kei w pewnym momencie robił za mojego podwładnego. Raz służąc mi, zemdlał. Patrzyłem wtedy na jego leżące na podłodze ciało i nie wiedziałem co zrobić. Tatsuya i Shoya obwiniali mnie o jego stan, jednak ja ich ignorowałem. Sam dobrze wiedziałem, że to moja wina, ale nie chciałem przyjąć tej informacji do wiadomości.  Moje życie prywatne i praca złączyły się w jedno.
Siedziałem w swoim gabinecie i wypełniałem jakieś rzeczy. Po chwili do mojego gabinetu wszedł Shoya. Oczywiście bez pukania. Spojrzał na mnie znudzony. – Yoshito, ktoś do ciebie przyszedł – mruknął, a ja przytaknąłem i machnąłem ręką na znak, że ta osoba może wejść.  Słysząc kroki i zamykane drzwi, uniosłem wzrok. Na środku gabinetu stali Tsuzuku i Ryoga.  Byłem zaskoczony, jednak nie pokazałem tego po sobie. Odłożyłem papiery, wstałem i  przywitałem się z nimi chłodno.
– Kim jesteś i co zrobiłeś z naszym kochanym Yo-Ką? – zapytał Ryoga.
– Nie istnieje – powiedziałem lodowatym tonem. Poczułem uderzenie na wysokości brzucha.
– Zła odpowiedź – mruknął Tsuzuku. Ryoga westchnął ciężko i się do mnie przybliżył.
– Yo-Ka! Co ty wyprawiasz?! Weź ty się człowieku ogarnij, co? To, że ty nie widzisz, co się z tobą dzieje, to nie znaczy, że my nie widzimy! Powinieneś zrezygnować z polityki dla swojego i wszystkich dobra. Tak naprawdę byłoby lepiej. Spójrz na Keia! Kochasz go jeszcze? Wygląda jak wrak! A na dodatek na pewno ma depresję. I to twoja wina! On, Shoya, Tatsuya, w ogóle wszyscy ludzie, którzy byli dla ciebie kiedykolwiek ważni, się na tobie zawiedli. Yoshito, jak ty ich potraktowałeś? Przemyśl to, proszę. Bo zniszczysz sobie życie.
– A potem tego nie naprawisz już i będzie tylko gorzej – Dodał Tzk i razem z Ryogą opuścili gabinet. Zatkało mnie. Zacząłem myśleć o tym wszystkim. Cholera jasna, oni mieli racje. To wszystko moja wina… Wyszedłem z gabinetu szybko.
– Sho, Tatsu. Wracajcie do domu. Przepraszam. Wybaczcie mi wszystko. Jestem potworem – Ukłoniłem się nisko. Usłyszałem ciche westchnięcia i po chwili kroki. Shoya i Tatsuya mnie przytulili.
- Nie do nas powinny być te słowa. Mimo wszystko wybaczamy ci. Jesteśmy przyjaciółmi. To normalne wybaczać błędy. – Powiedzieli i opuścili swoje miejsce pracy. Przypomniało mi się coś. Wyjąłem tekst, który spoczywał od kilku miesięcy w kieszeni munduru. To był odpowiedni czas, żeby coś z nim zrobić. Dam go Keiowi.
                Zerwałem się, zamknąłem biuro i wybiegłem z budynku. Może nie jest jeszcze za późno. Może nie wszystko stracone. Wszedłem do kwiaciarni i kupiłem najpiękniejszy bukiet kwiatów. Potem wsiadłem do auta i pojechałem do restauracji, żeby wziąć nam jedzenie na wynos. Jak ja mogłem tak się zachowywać? Szybko pojechałem do domu. W salonie zastałem śpiącego Keia. Na stole leżały dwa stosiki kartek, na jednym był tekst piosenki, a na drugim nuty. Wszystko zapisane pięknym pismem Keia. Sięgnąłem po tekst i zacząłem go czytać. Zatkało mnie. Tu były przelane wszystkie uczucia Keia. Sięgnąłem po gitarę ukochanego i zacząłem śpiewać oraz grać to, co ten stworzył. Mój skarb obudził się. Przez chwilę nie wiedział, co się dzieje, ale musiał się wsłuchać w to, co śpiewałem. Spojrzał na mnie ze strachem zmieszanym ze szczęściem i oczarowaniem. Odłożyłem gitarę, wstałem, usiadłem przy Keiu i pocałowałem go czule. Potem zsunąłem się na podłogę i oparłem czoło o podłogę.
– Kei. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Błagam cię, wybacz mi! Wiem, że jestem dupkiem. Że cię skrzywdziłem tak strasznie.  Może i to nie wybaczalne, ale błagam. Nie chcę cię stracić. Obiecuję, że się poprawię, tylko Kei…. – Nie dokończyłem bo mój ukochany podniósł mnie z podłogi i czule pocałował, tuląc się do mnie. – Wybaczam Yo-chan. Dawno wybaczyłem – szepnął zachrypniętym głosem. – Ale już mnie nie bij, proszę… - Oparł swoje czoło o moje i zachłannie mnie pocałował w usta po raz kolejny. – Pomogę ci się naprawić, mój władco. – Zaśmiał się.
- Jeśli mam cię stracić to wolę zrezygnować z władzy – powiedziałem szczerze. On tylko przytaknął. Odsunąłem się od niego, wstałem i wyszedłem na chwilę z salonu. Po jakimś czasie wróciłem z bukietem kwiatów i obiadem. Ten pierwszy dałem Keiowi. – Kocham cię, Ke-chan.
– Ja ciebie też, Yo-chan. – Przytulił mnie mocno i poszedł włożyć kwiaty do wazonu. Cieszyłem się, że miałem szansę wszystko naprawić. Wiedziałem, że to zrobię. Tak samo wiedziałem, że rzucę w cholerę tę politykę i zajmę się muzyką. Tak będzie lepiej dla mnie, dla Keia i dla wszystkich. Gdy Kei wrócił, dałem mu swój tekst, który napisałem, gdy po raz pierwszy go uderzyłem. Tam były moje prawdziwe uczucia, które przez te kilka miesięcy niemal na zawsze usunąłem z własnego życia. Między innymi miłość. Bo człowiek bez miłości się sypie, jest samotny i nieszczęśliwy, czyż nie?
- Nasze teksty się pokrywają Yoshito…

środa, 27 kwietnia 2016

Nasze uzależnienia ( Yo-Ka x Shoya )

Prawie 3000 wyświetleń na blogu <3 Tak bardzo się cieszę. Nie wierzyłam że ktoś go w ogóle czyta. XD
Nie rozpisuje się za bardzo
Dziękuję za betę Oni <3
Mam nadzieję, że notka się spodoba :3
Cytaty to fragmenty Kairi Diaury
__________________________________________________________







hitorikiri tsumetai yoru kehai no hou
daremo inai
akai chi ga nagareru nara
mou sei mo kei mo kamawanai kowasasete








[Yo-Ka]
To były najgorsze cztery godziny w moim życiu. Zespół był skłócony, atmosfera na próbie przytłaczała i miało się dość robienia czegokolwiek, szczególnie wałkowania pięciu utworów w kółko. Ja i Kei byliśmy między nimi wszystkimi jakimiś łącznikami. W końcu ustaliliśmy, że następnego dnia o trzynastej jest próba i wszyscy się rozeszli z ponurymi minami. Zostałem jeszcze, żeby ogarnąć salę i odsunąć myśli od tego co się dzieje w zespole. Po prostu ręce opadają. Kei został ze mną, bo stwierdził, że odprowadzi mnie do domu. Podobno wyglądam źle, czy jakoś tak. Mnie się nie chciało wracać do tego zimnego miejsca, w którym mieszkałem, ale w końcu po namowach Keia, pojechaliśmy tam. W „domu” pozbyłem się płaszcza i butów, a potem położyłem się na sofie w salonie i patrzyłem na białe ściany pustym wzrokiem. Nie musiałem czekać na Keia, bo on i tak zawsze u mnie zachowywał się jak u siebie. Dopóki on tu był cisza, samotność i pustka nie doskwierały mi tak bardzo. Nie miałem nawet kota! To okropne uczucie, gdy się siedzi tak samemu z własnymi, nie do końca mądrymi myślami.
Kei usiadł obok mnie, wciskając się chudym tyłkiem w sofę, na wysokości moich kolan i spojrzał na mnie, myśląc o czymś intensywnie. Posłałem mu niezadowolone spojrzenie i zgiąłem nogi w kolanach, co przyjaciel wykorzystał, wsuwając się głębiej w mebel i opierając o jego skórzaną tapicerkę. 
Yo-Ka, musimy porozmawiać. – Westchnął i oparł się o moje kolana, patrząc na mnie uważnie. – To co się dzieje w Vallunie…
Nie jestem ślepy, Kei. Widzę, że nasz zespół się nie dogaduje. Chociaż „nie dogaduje” to złe stwierdzenie. Oni się w kółko kłócą, wręcz nienawidzą! – mruknąłem.
No więc właśnie. Nie uważasz, że trzeba coś z tym robić? Nie mają pięciu lat. A jak tak dalej pójdzie to się rozpadniemy, bo zespół jest śmiertelnie obrażony na siebie. Idiotyczny powód do rozpadu, nie uważasz?
Oni się nie pogodzą. I ty dobrze o tym wiesz Kei – powiedziałem i usiadłem. Oparłem głowę na ramieniu gitarzysty.
No to chyba pozostaje nam się rozwiązać. – Na te słowa się spiąłem
Nie chcę… Ten zespół to wszystko, co mi zostało dobrego – jęknąłem
Yo-Ka, nie mamy wyjścia… Jeśli jutro na próbie się nic nie zmieni, to rozwiązuję Vallunę – powiedział. Było mi strasznie smutno. Zjedliśmy jeszcze z Keiem obiad i chłopak się zmył do domu.
Dobiło mnie to wszystko. Usiadłem na podłodze pod drzwiami balkonowymi z żyletką w dłoni, pozbyłem się czarnej bluzy i starannie zawiniętego bandażu na nadgarstku. Przyłożyłem żyletkę, przycisnąłem nieco i pociągnąłem. I tak kilka razy. Gdy miałem po raz kolejny to zrobić, usłyszałem jak coś upadło na podłogę, a w następnej chwili żyletka została mi odebrana z ręki. Uniosłem głowę i zobaczyłem niedowierzające spojrzenie Keia. Coś do mnie mówił, chyba nawet krzyczał, ale ja nie słuchałem. Po moich policzkach spłynęło kilka łez, potem jeszcze trochę, aż cała moja twarz była nimi zalana. Przyjaciel mnie przytulił mocno, zaprowadził do łazienki, zrobił opatrunek na nadgarstku i zaprowadził do łóżka. Był ze mną do rana, za co byłem mu bardzo wdzięczny. Kilka razy się budziłem w nocy, a Kei mnie uspokajał, bo płakałem. Moja psychika nie wytrzymywała. Tego rozpadu, bo raczej się nie pogodzą i ogólnie ostatnio moje zdrowie psychiczne podupadało.
Tak jak ustaliliśmy następnego dnia, Valluna się rozpadła. Drugi gitarzysta – Sakura i basista Kirimaru stwierdzili, że nie ma co tego ciągnąć. Po pierwsze się nie rozwijamy, po drugie oni się nienawidzą, a po trzecie… Nie, nie ma trzeciego powodu. Nie było to pokojowe rozstanie.
Poszedłem po tym wszystkim na spacer do parku. Kei chciał iść ze mną, żeby się upewnić że nie zrobię nic głupiego ale obiecałem, że tak się nie stanie i mogę iść sam. Musiałem pomyśleć co teraz mam zrobić. Mam trochę oszczędności, trochę rodzice mi się dołożą, może przeżyję jakieś pół roku dopóki nie znajdę nowego zespołu. A jak nie… To wtedy będę myśleć. Nawet nie zauważyłem, jak się rozpadało. Mimo to usiadłem na ławce i moknąłem, a po moich policzkach leciały łzy, które zmieszały się z deszczem. Moim oczom rzucił się młody chłopak stojący ledwo co pod drzewem. Miał rozbiegany wzrok i wyglądał zdecydowanie jakby był naćpany. Coś mi mówiło, żeby zwrócić na niego uwagę, tak więc nie odrywałem od niego wzroku.








aa sore wa dare ni nita shuukei
mou nanimo boku ni wa wakarimasen
aa wareru hodo no memai no naka de sore wa sadamatteita
















[Yukito]
Próba była niezwykle nudna i zdecydowanie bez życia. Jak zespół może być tak pozbawiony entuzjazmu? Wyglądają na wiecznie zmartwionych… Nie widzę w tym jakiegokolwiek sensu! Z muzyki powinno się cieszyć, a nie smucić. Chociaż fakt, dla mnie wszyscy wyglądają na smutnych. Bo ja ćpam. Skrzywiłem się na tą myśl. To, że to robię mnie obrzydza, jednak nie potrafię przestać, a teraz właśnie szedłem do znajomego dilera, który miał mi sprzedać działkę, która kosztowała mnie… Dość dużo. Bo właściwie było to kilka różnych towarów. Marihuana, heroina, morfina, trawka… Od tych dwóch pierwszych byłem najbardziej uzależniony. Po opuszczeniu dilera udałem się w jedną z ciemnych obskurnych uliczek i tam zrobiłem sobie odpowiednią dawkę, którą następnie umieściłem w nowej strzykawce. Po chwili wbiłem ją sobie w żyłę i zaaplikowałem. Westchnąłem z przyjemności. Gdy już się trochę ocknąłem to ruszyłem do parku. Pech chciał, że zaczęło padać. Stanąłem pod drzewem i patrzyłem na chłopaka siedzącego i moknącego na ławce w parku. Było w nim coś co przyciągało mój wzrok. Był naprawdę brzydki, gdy tak moknął. Jego włosy w połączeniu z wodą wyglądały ohydnie. Może i nie wiedziałem, co się w około mnie dzieje, ale ta jedna osoba zajęła moje myśli. Kręciło mi się nieco w głowie. Swoją drogą ten chłopak mi kogoś przypominał, ale nie umiałem określić skąd.
Żeby być szczęśliwszym, wyciągnąłem jeszcze skręta z marihuaną i go zapaliłem. Mój uważny wzrok był wbity w nieznajomego siedzącego na ławce. Zastanawiałem się nad swoim życiem i nad tym, co robię. Czy bycie narkomanem jest mi pisane?








boku o miru sono hitomi no oku ni
sukete mieru yo
"ijou" to kubetsu shiteiru no ga








[Yo-Ka]
Mimo dzielącej nas odległości, wpatrywałem się w jego oczy u zastanawiałem się, czy wie, że ja też mam problemy. Wygląda, jakby widział. I jakby to rozumiał. Może i to było głupie, ale miałem wrażenie, że czyta ze mnie jak z otwartej księgi. Jego oczy są jak rentgen, przeszywają mnie całego. Mam wrażenie, że wie o mnie wszystko, co jest możliwe.
Coś mnie do niego ciągnie. Nie mam pojęcia co to takiego. Ale jakiś głos w mojej głowie podpowiada mi żebym zabrał nieznajomego do swojego domu. Że on może być moim lekarstwem. Nogi same mnie powiodły przez deszcz do niego. Gdy znalazłem się pod drzewem, wyczułem mdlącą woń dymu, tego co palił nieznajomy. Po chwili zdałem sobie sprawę, co to za zapach. Marihuana.
















aa sore wa risei hikichigiru yume
nanimo boku ni wa wakarimasen
aa wareru hodo no memai no naka de sore o tebanaseba








[Yukito]
Przestałem skupiać się na czymkolwiek. Moje marzenia przejęły nade mną kontrolę. Gdy problemy zaczęły mnie przytłaczać, to zacząłem ćpać. A potem już nie było odwrotu. Chciałem być wolny, chciałem nie mieć problemów. Ale to mnie zgubiło. Przejęło nade mną kontrolę i nie mogłem już się uwolnić od „wolności i braku problemów”. To takie żałosne. To, co zrobiłem ze sobą, nie powinno mieć miejsca. Nieznajomy zaczął mnie gdzieś prowadzić. Nie stawiałem oporów. Bo po co? Poza tym wiedziałem, że robię dobrze idąc z nim. Chociaż nie rozumiałem, czemu ten obcy człowiek gdzieś mnie zabiera. Tak czy inaczej to nie jest ważne. Chciałbym się oderwać od narkotyków. Chciałbym przestać je brać… Zakręciło mi się w głowie i pociemniało mi przed oczami. Czy umarłem? Mam wielką nadzieję, że nie. Chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o tym chłopaku, który mnie gdzieś zabrał. Nieważne gdzie. Wszędzie jest lepiej niż w tej kawalerce w, której mieszkałem.




White scene and white tears night.
tooku nagarete
White scene and white tears night.
kono te kegashite
aragau you ni mogaku you ni
ichibyou o mo oshimu you ni kokoro wa ta kanaru








[Yukito]
Obudziłem się w środku nocy. Nie miałem pojęcia, gdzie byłem. Księżyc świecił mi w oczy, a oprócz tego oświetlał cały pokój, w którym leżałem. Dominowała w nim biel, więc wydawał mi się niemal sterylny. Trochę, jak w szpitalu, tylko tu było nieco przytulniej. Co ja tu robiłem? To na pewno nie była moja klitka. Ten pokój był niemal jak moje mieszkanie, zresztą… W każdym razie byłem tu sam. W ogóle nie pamiętam, co robiłem dzień wcześniej… Może zostałem czyjąś dziwką? Łzy bezsilności poleciały mi po policzkach. Gdybym miał gdzie wracać, to bym wrócił. Niestety nie ma mowy. I to jest okropne. Rodzina się mnie wyrzekła, od kiedy zacząłem grać w zespole. Potem posypało się całe pasmo nieszczęść, a do tego wszystkiego zacząłem ćpać. Teraz utrzymywałem się z zespołu. Łzy zaczęły płynąć mi intensywniej po policzkach. Rozejrzałem się ponownie, próbując zatrzymać na czymś wzrok. Spojrzałem na swoje ręce pokłute przez wielokrotnie wbijane w nie strzykawki. Muszę się zmienić. Przestać ćpać i dorosnąć. Wypadałoby w końcu, czyż nie? Jednak nie mam tak mocnej woli… Sam nie dam rady się zmienić. Ktoś mi musi pomóc. Czyżby mój nieznajomy mógł to zrobić? Nie, to niemożliwe… Eh, niech mnie ktoś dobije.








aa sore wa dare ni nita shuukei
mou nanimo boku ni wa wakarimasen
aa wareru hodo no memai no naka de sore wa sadamatteita




[Yo-Ka]
Wpatrywałem się w chłopaka, którego przyprowadziłem z parku. Spał zwinięty na łóżku. Jego makijaż był rozmazany, straszył samym widokiem. Nieznajomy kogoś mi przypominał. Nie miałem pojęcia kogo.
Nie rozumiałem, jaka siła kazała mi sprowadzić tego narkomana do domu. Przez wysiłek, jakim było doniesienie tego nieznajomego i brak jedzenia, bo ostatni posiłek jaki jadłem to śniadanie, kręciło mi się w głowie. Usiadłem na łóżku, tak by nie obudzić nieznajomego i wyciągnąłem żyletkę. Zrobiłem kilka cięć na nadgarstku. Ból był ukojeniem.
Potem jednak zastanawiałem się, czy jestem aż tak beznadziejny, żeby się ciąć. Aż tak nisko upadłem… Cóż. Taki los jest mi pisany.
















White scene and white tears night.
kimi wa kidzukanai
White scene and white tears night.
dakara kono te de
furuenu you ni nigasanu you ni
ichibyou no mayoi sae koko ni wa nai kara
















[Yukito]
Wstałem rano i wyszedłem z pokoju. Poszedłem do dużego salonu, gdzie na sofie w pół leżał młody chłopak. Wyglądał jak Bóg. Gdy mnie usłyszał, odwrócił się i ładnie uśmiechnął.
Um – zacząłem skrępowany. – Co ja tu robię? – zapytałem
Przyprowadziłem cię tu, jak wczoraj się naćpałeś i zemdlałeś. – Posłał mi jeszcze ładniejszy niż wcześniej uśmiech. – Jak ci na imię? Ja jestem Yo-Ka. – Chłopak był naprawdę czarujący. Aż zaniemówiłem z wrażenia. Yo-Ka miał bardzo piękny głęboki głos. W ogóle cały był piękny. Gdy w końcu otrząsnąłem się z chwilowego szoku, zarumieniłem się delikatnie i spuściłem głowę. Wlepiłem wzrok w podłogę.
Jestem Yukito. Dziękuję ci za pomoc. Jestem twoim dłużnikiem… – Usiadłem niepewnie obok niego
Spokojnie. Czuj się jak u siebie. – Zauważyłem bandaż wystający spod rękawa koszuli. Zamrugałem kilka razy. Czyżby… – Co ci się stało w rękę? – Zapytałem wskazując na jego przedramię. On nerwowo poprawił koszulę, naciągając ją.
Nic takiego – wymamrotał cicho i niewyraźnie. Ująłem delikatnie jego rękę w swoje dłonie, odpiąłem guziki od mankietu i rozwinąłem bandaż. Kilka razy chciał wyrwać rękę, gdy to robiłem, ale nie pozwoliłem mu na to. Pod bandażem miał mnóstwo cienkich ran po cięciach. Pionowych, poziomych, po skosie… Spojrzałem mu w oczy.
Czemu to robisz? – Zapytałem spokojnie. Odwrócił wzrok.
A czemu ty ćpasz? – Odpowiedział pytaniem na pytanie.
Bo pragnę nie mieć problemów. Pragnę idealnego świata bez nich. – Wzruszyłem lekko ramionami. Yo-Ka przez chwilę milczał.
Ja chcę uciec od problemów. I od złych rzeczy, które się wydarzyły ostatnio w moim życiu – powiedział cicho. Ah. Czyli oboje byliśmy uzależnieni.
Rozmawialiśmy praktycznie cały dzień. Chcieliśmy sobie pomóc. Głód narkotykowy zaczynał mnie już męczyć, ale nie pokazywałem tego. Chciałem, żeby było normalnie. Chociaż jeden dzień bez narkotyków. Mimo że bardzo chciałem, żeby tak było, moje ciało pragnęło czegoś innego. Zacząłem być trochę niemiły w stosunku do Yo-Ki. Wieczorem nie wytrzymałem. Miałem zostać u niego jeszcze przez jedną noc. Zamknąłem się w sterylnie białej łazience i wyjąłem narkotyk z kieszeni. Wyrobiłem sobie go, miałem w tych dużych kieszeniach wszystko, nawet zapas strzykawek, tak więc do jednej z nich dodałem narkotyku. Schowałem wszystko na swoje miejsce, wkłułem się w żyłę i wstrzyknąłem narkotyk. Po moich policzkach popłynęły łzy. Miałem tego nie robić. Ale nie potrafiłem przestać… W końcu zebrałem się w sobie i ogarnąłem trochę. Poszedłem do salonu i tam usiadłem. Potem łazienkę zajął Yo-Ka. Wyszedłem na duży taras, który utrzymany był w bieli jak cały dom. Ponownie zaczynam płakać, ale po dłuższej chwili moje łzy wyschły. Niedługo potem wrócił Yo-Ka. Jego ręce drżały. Widać, że się ciął. Obserwowaliśmy się. Nie mogliśmy zmienić naszych uzależnień. Nawet nie wiem, kiedy odległość między nami zmalała, a nasze usta połączyły się ze sobą w namiętnym pocałunku. Nie wahaliśmy się nawet na moment. Chwilę zajęło ponowne wejście do domu, pozbawienie się ubrań w drodze do sypialni i kochanie się tam namiętnie przez resztę nocy. Tylko to się liczyło tej nocy.
















White scene and white tears night.
tooku nagarete
White scene and white tears night.
kono te kegashite
aragau you ni mogaku you ni
ichibyou no gekijou ni... kokoro wa... mou...








Trzy miesiące później...
[Yo-Ka]
Zeszliśmy się z Yukito. Połączyły nas nasze problemy. One oczywiście nadal istniały. Było nam łatwiej z nimi, gdy byliśmy w dwójkę. Mój skarb, Yukito, musiał pojechać na próbę, a potem wrócić do swojego domu. Gdy poszedłem do mojej sterylnie białej sypialni i usiadłem na tego samego koloru pościeli, ni stąd ni z owąd w mojej ręce znalazła się żyletka i cięła skórę na przedramionach. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, co robię. Zaczęły mnie męczyć wyrzuty sumienia. Cisnąłem żyletką przed siebie i zacząłem gorzko płakać. Załamany schowałem twarz w dłoniach. Moje łzy nie miały końca, a głupota granic. Zwinąłem się i położyłem na łóżku, pozwalając łzom moczyć poduszkę. Wpatrywałem się w wyciągnięte przed siebie ręce. Muszę coś z tym naprawdę zrobić. Tak nie może być. Jak nie dla siebie, to dla Yukito. Muszę przestać. Ułożyłem się wygodniej i zamknąłem oczy, starając się przestać myśleć. Serce mnie bolało. Wszystko zaczęło mnie przytłaczać. Sam nie wiem, kiedy zasnąłem.








White scene and white tears night.
moroku kowarete
White scene and white tears night.
kimi ga nagarete








[Yukito]
Stałem centralnie pod drzwiami Yo-Ki i się w nie wpatrywałem. Znów się naćpałem. Nie chciałem. To było silniejsze ode mnie. Poza tym, Dizly, mój zespół się rozpadł. Nie wiedziałem, co zrobić, więc się naćpałem. Biały, oświetlony słabym światłem korytarz przypominał szpital. Dookoła było cicho. Właściwie Yo-Ka był dla mnie jak lekarz. Potrafił mnie wyleczyć z problemów jednym zdaniem i pocałunkiem. Tak bardzo go pokochałem. Łzy znów zdobiły moje policzki. Moje życie zaczęło się znów sypać. Nawet nie wiem kiedy z domu wyszedł Yo-Ka i wprowadził mnie do domu. Pewnie go zawiodłem. Znów się przecież naćpałem, chociaż obiecałem że nie będę tego robił… On… On się mną zajął. Nienawidziłem się za to, że ćpam. Kiedyś było inaczej, ale teraz moje życie zmieniło się o 360 stopni. Yo-Ka gdzieś mnie prowadził. Po chwili poczułem miękkość łóżka. Byłem nieco zaskoczony, ale gdy przyłożyłem głowę do poduszki niemal od razu zasnąłem. Czułem jeszcze obejmujące mnie ramiona Yo-Ki.
















hakanamu you ni aisuru you ni
ichibyou no kakera daite hoka ni wa mou iranai kara




[Yukito]
Zaczęliśmy się namiętnie i zachłannie całować z Yo-Ką. Jakby to był nasz ostatni pocałunek. Jakbyśmy widzieli się po raz ostatni. Jego usta były genialne, uwielbiałem go. Był najpiękniejszym i najukochańszym facetem na ziemi. Nie wiedziałem, jakie bóstwo mi go zesłało, co takiego zrobiłem, że na niego zasłużyłem, ale dziękowałem za niego. Potem równie zachłanni co w pocałunkach, byliśmy w łóżku. Po wszystkim leżeliśmy i szeptaliśmy czułe słowa między sobą. Nic się dla nas nie liczyło. Miłość, nienawiść czy uzależnienia; tonie ważne. Chcieliśmy być razem i tylko i wyłącznie to się dla nas w tej chwili liczyło. Niczego więcej nie potrzebowaliśmy.








iranai kara








[Yo-Ka]
Yukito i ja znaleźliśmy swoje szczęścia. A tymi szczęściami byliśmy my nawzajem. Nasza miłość przezwyciężyła uzależnienia i wszystko się zaczęło układać na nowo. Ja przestałem się ciąć. Yukito przestał ćpać. Zaczęliśmy życie na nowo.
Założyliśmy zespół. Ja, Yukito, Kei i Yuu. Nazwaliśmy go Diaura. Yukito zmienił pseudonim na Shoya. Od tego czasu wszystko się układało tak jak powinno. Świat stał się idealny dla naszej dwójki. Miłość zwyciężyła nawet najgorsze uzależnienia i wszelkie zło w naszym życiu.